Quest 64

Możliwość komentowania Quest 64 została wyłączona 6

Grę zobaczyłem po raz pierwszy jakieś pół roku temu na automatach. Wyglądała standardowo: ekran, kierownica, zasysacz monet, dwa pedały (spokojnie! chodzi mi o gaz i hamulec) oraz siedzisko, całkiem wygodne zresztą. Zagrałem raz, drugi, polazłem dalej. Słowem – przeciętna gra automatowa.
Okazało się tymczasem, że gra jest też dostępna na konsole Playstation i Nintendo 64. Udało mi się w wakacje ’98 zdobyć tą drugą wersję, pograć trochę i zdziwić się zaskakująco dobrymi recenzjami w zachodniej prasie. Cóż – może nie nadaje się na „opisywacza gier”, ale naprawdę nie wiem, co ci ludzie z branży, polokowani w pismach o nakładach kilkuset tysięcy egzemplarzy w SFR widzieli. Przecież to zwykły wyścig, znam przynajmniej dwa lepsze na N64 (Automobili Lamborghini i Top Gear Rally) i kilkanaście (!) na PeCeta. Więc o co chodzi, panowie?
Owszem, gra ma ładną grafikę. Żadne tam fajerwerki, cuda-niewidy, ot – po prostu widać wszystko jak na dłoni. Panuje typowe dla konsoli rozmycie (z angielska „blur” – chodzi o to, że owo cudo techniki zwane N64 nie wyświetla nam na ekranie TV pikseli, a taką papkę, która czasami wygląda ładnie, a czasami mdło), a teksturom brakuje szczegółów. Engine/Silnik 3D jest dobry, trasa rysuje się „na żywca” szybko, zgrabnie i przyjemnie, może tylko drzewa są nieco zbyt pikselowate z bliska. Nie szkodzi, i tak czasami znikają sprzed pojazdu, a czasami nie da się w nie wrąbać. Atari wprowadziło też odrobinę refleksów świetlnych i świateł w ogóle, czasem wygląda to nieżle, czasem, jak choćby w tunelach, kiepsko. Grać się jednak da…
…ło by, gdyby nie żenujący dżwięk. Nie będę mówił o muzyce, starczy że szepnę, że jest beznadziejna. Popastwię się nad dżwiękiem. Gra jest racerem pełnym zderzeń, kaskaderskich skoków, czy zwykłych ulicznych stłuczek. Wypadałoby to jakoś wszystko udżwiękowić. I Atari do spółki z Midway udżwiękowili to:

Beznadziejnie! Tragicznie! Wstyd!

Każde uderzenie przypomina szuranie mocno zardzewiałą radziecką puszką konserwową po kiepsko położonym asfalcie! Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym dżwiękiem szorującego samochodu. Zresztą inaczej szoruje samochód o asfalt przytulając się do niego po długim skoku (w końcu to San Francisco, miasto 1001 wzniesień), inaczej szoruje wóz o drewniany płot, jeszcze inaczej o ściany betonowego tunelu i wreszcie inaczej o inne samochody. A w SFR wszystko przypomina rosyjską puszkę. Płakać się chce. I to ma być realizm, o którym tyle w zachodnich recenzjach czy reklamach gry? Gdzie wy go widzicie? Może w niezłych wybuchach spowodowanych zbyt mocnym czołowym z murem? Owszem, wybuchy są ładne, całkiem przyjemny czarny wrak po nich zostaje, ale przecież czasami się wrąbie jak dziki Bolek, zrobi dwa fikołki i nic! Nawet zadraśnięcia! Zresztą… albo wybuch, albo zero skutków ubocznych. Niech żyje realizm…
Ale sobie poplułem, nie? Teraz trochę pobronię. Trasy – tylko sześć, ale za to dopracowanych. Każda jest inna, wszystkie są ciekawe. Pełne mostów, tuneli, ostrych zakrętów, sekretnych skrótów i setki mil do zwiedzenia. Czasami trzeba przelecieć przez jaskinię, czasem skręcić gdzieś o 90 stopni (bardzo trudno, koniecznie ostro wyhamować), niekiedy zaś dokonać jakiegoś skoku. Słowem – jest naprawdę dobrze.
Wiele zabawy dostarcza zabawa z kolegą (split screen, lekki spadek framerate). Nie ogranicza się ona jedynie do ścigania się do kupy – jak ci się kumpel oddali o kilka długości i nie popełni większego błędu, nie dojdziesz go choćbyś spuchł. Najlepszy jest bowiem berek. Taka zwykła ganianina, a zabawy sporo. Wszystko, co musisz zrobić, to dotknąć przeciwnika, a następnie uciekać mu jak najdłużej. Kto dłużej będzie berkiem, ten przegrywa. Rozrywka naprawdę przednia.
Jeszcze parę słów o „realizmie” SFR, tak by zakończyć grę przyjemnym dla recenzenta jadem.
Otóż – po wybuchnięciu się komputer przenosi cię kilkanaście metrów do przodu – tak abyś był mniej więcej w tym samym miejscu, co reszta stawki. Niejako przy okazji twoja prędkość zostaje wyhamowana do kilkunastu mil na godzinę i w ten sposób tracisz dobrą lokatę. Nie zawsze jednak tak jest. Czasem, gdy coś ci nie wypali (lub właśnie wypali) w środku peletonu, gra przenosi cię przed stawkę… tak abyś łatwiej mógł wygrać. Po co robić trudny skręt, zwalniać na maksa, jak można wrąbać na full speedzie w ścianę i już po zakręcie?
I jeszcze jedno – wszyscy kochający gnanie z nogą przyklejoną do pedału gazu – tu takie coś nie przejdzie. Często musisz zwalniać, brać poważnie najmniejszy zakręt, a przy braniu short cut’ów uważać jak pies na jeża. Jeden ruch i po zabawie. A dogonić stawkę jest bardzo trudno (jesteś niewiele szybszy od pozostałych).

Podsumowując: przeciętny wyścig, z którego spore nakłady na reklamę i na dobre recenzje zrobiły przebój. Jeśli nie przepadasz za racerami, a zwłaszcza stunt racerami, podaruj sobie… odrobinę luksusu i kup choćby Goldeneye 007. Znacznie lepsza gra. Zdjęcia pochodzą z serwisu IGN N64.

Quest 64
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles