Montezuma’s Return

Możliwość komentowania Montezuma’s Return została wyłączona 1

Szanowny czytelniku! Musisz wybaczyć mi tą niezręczność i ów skok w czasie, który za chwilę wykonam. Być może wyda ci się on niezrozumiały, a moje uczucia, jakie przy okazji wypłyną na wierzch, uznasz za banalne i ośmieszające mnie. Niestety, żeby nie wiem co się działo, to i tak muszę wspomnieć o Preliminary Monty 16k, grze, którą się zagrywałem w pamiętnym 1988 roku. Powiem więcej – powinien o niej wspomnieć każdy dobry recenzent.

DAWNO, DAWNO TEMU

     Miałem wtedy jakieś 12 lat i komputer marki Atari wraz z magnetofonem. Było to przedpotopowe urządzenie z 64 kilobajtami pamięci i niemalże setką gier, które można dziś uznać za klasyczne. Obok takich tytułów jak Boulder Dash, Road Race, Frogger, Draconus czy River Raid to właśnie Preliminary Monty 16k budziło mój olbrzymi entuzjazm. Gra opowiadała o dzielnym poszukiwaczu przygód imieniem Pedro, który natrafił na grobowiec światowej sławy króla Azteków, Montezumy II. Facet ów żył za czasów Hermana Corteza, a więc w epoce Wielkich Podbojów i niespełnionych marzeń o El Dorado. Nietrudno się więc domyślić, iż jego śmierć nie była tak do końca naturalna. Jak to zwykle w autentycznych bajkach bywa, źli ludzie pomogli władcy zejść z tego świata. Co więcej, Montuś został rozszarpany przez swych własnych poddanych, gdy wyszło na jaw, że miał konszachty z Hiszpanami (i że został przez nich oszukany). Ciało zabitego króla złożono w grobowcu, który z czas zyskał miano przeklętego. Skarbów w nim zgromadzonych nie widział zaś nikt do czasów odkrycia dokonanego przez Pedro.
Sama gra polegała na zwiedzaniu labiryntu komnat, po których pełzały węże, dreptały pająki i toczyły się czaszki pomordowanych Indian. Nasz dzielny poszukiwacz przygód wędrował sobie od pokoju do pokoju, od drabinki do liny, skakał, biegał, zdobywał co się dało, jednym słowem wzbogacał się. Śliczna grafika i ciekawe udźwiękowienie powodowało, że i gracze nie zamierzali na dłużej opuszczać jaskiń. Podobnie było i z mną – pchałem Pedro do przodu, odkrywałem kolejne skarbce i kolejne mroczne komnaty i wcale nie miałem zamiaru skończyć. Dlatego też bardzo ucieszyłem się, gdy w końcu lat 80-tych natrafiłem na rozszerzoną wersję gry, zwącą się Montezuma’s Revenge. Ten wyprodukowany przez Parker Bros hit oferował znacznie większy labirynt, nieco bardziej ślamazarnego (starszego?) Pedro i… właściwie niewiele więcej. Mimo to grałem w tą grę jak oszalały; nasmarowałem sobie nawet mapkę, by nie zgubić się w gąszczu korytarzy. Potem jednak przyszły inne programy, inne komputery, inny świat.

MONTEZUMA WRÓCIŁ!

     I oto w końcu grudnia roku pańskiego 2000 moja malutka konsolka Gameboy Color połknęła kart firmy Take 2, zatytułowany Montezuma’s Return. Jeszcze zanim przełączyłem wyłącznik z pozycji Off na On, wiedziałem, że Pedro po latach spędzonych w ukryciu wrócił. I nie myliłem się. Przygotowany przez Tarantula Studios program jest dość dokładną powtórką z rozrywki. Sympatyczny poszukiwacz przygód po raz kolejny wpada w sidła mieszkańców grobowca Montezumy II. Znów czuje zapach złota i rusza przed siebie, by odszukać wszystkie możliwe kosztowności i przywieść je z powrotem do domu. Na jego drodze po raz enty staną jadowite węże, toczące się czaszki, wściekłe pająki i kąsające skorpiony. Pedro zmaga się też z zabójczym ogniem, z zatrutymi kolcami, z zapadającymi się chodnikami i starożytnymi wojownikami z plemienia Azteków. Jak to zwykle na Gameboy Color bywa, w przygodzie tej nie zabraknie wspinaczek oraz niebezpiecznych skoków – czy to z platformy na platformę, czy też nad pająkami i wężami. Nieliczne znalezione miecze pomagają Pedro, ale tylko ociupinkę. Każdy taki ostro zakończony patyczek unieszkodliwia jedną i tylko jedną kreaturę, jaka pojawia się na jego drodze. Inne pożyteczne gadżety zapewnią mu np. chwilową nieśmiertelność, lecz i one nie zabezpieczą go przed upadkiem z dużej wysokości. Co gorsza, nawet bardzo ostra klinga nie pozwala chłopakowi przedostać się przez spróchniałe drzwi. Do tego niezbędne są klucze, a te znaleźć będzie niełatwo! Całe szczęście, że Pedro ma pięć żyć i rozum wraz z oleum na karku.
Różnic w stosunku do tego, co niektórzy starsi gracze pamiętają z Atari czy Commodore, jest niewiele. Najważniejsza zmiana to wprowadzony płynny scrolling w ramach pojedynczej lokacji. Kiedyś każda komnata mieściła się w całości na ekranie, teraz jest ona „przesuwana” w ten sposób, by Pedro zawsze był na środku ekranu. Dopiero gdy poszukiwacz skarbów dotrze do jednego z krańców pomieszczenia, następuje „klasyczny” przeskok. Ponadto zmieniono nieznacznie grafikę i układ pomieszczeń labiryntu. Wprowadzono możliwość skorzystania z mapy, zaś Pedrosowi dodano kilka animacji – wystarczy chwilkę poczekać bez ruchu, by chłopiec zaczął się denerwować, czytać gazetkę, itp. Jest więc miło i przyjemnie.
Montezuma’s Return w wersji na Gameboy Color, jeśli chodzi o temat, wytrzymało próbę czasu. To zdecydowanie jedna z ciekawszych gier zręcznościowych, w jakie było mi dane w ostatnich miesiącach pograć. Nie wiem, czy to ze względu na sentyment, czy też ze względu na walory wrodzone produktu Take 2, bawiłem się znakomicie i nie narzekałem na dość wysoki poziom trudności. Polecam więc Montezuma’s Return wszystkim tym, którzy mają dość platformówek, w których wędruje się na prawo, na prawo i jeszcze raz na prawo. Niech żyją prawdziwe labiryntówki!

Montezuma’s Return
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles