Mission Impossible

Możliwość komentowania Mission Impossible została wyłączona 0

Długo na tą grę czekałem! Przecież pierwsze jej zapowiedzi ukazały się w zachodniej prasie jeszcze przed amerykańską premierą filmu „Mission Impossible”, co znaczy, że działo się to bardzo, bardzo dawno temu!
Był rok 1995, rok premiery Nintendo 64. Jedna z branżowych gazetek poświęciła znakomicie zapowiadającej się konsoli aż 10 stron. Oczy nęciły liczne zdjęcia sprzętu, a to z przodu, a to z lewa, z lotu ptaka czy od środka. Samym padom poświęcono trzy kolumny. Najbardziej podobały mi się jednak piękne screeny z „Super Mario 64”, na których sympatyczny hydraulik niczym w najlepszych PC-towskich demkach, biegał po trójwymiarowym świecie niczym rączy jeleń, zbierał monety, walczył z duchami. Gdzieś pod koniec artykułu znalazłem zestaw dziesięciu najbardziej oczekiwanych gier. Na czele brylował oczywiście Mario, i to zarówno „goły” 64, jak i w wersji Kart. Obok tkwiło parę strzelanin, jakieś wyścigi o grafice nie gorszej niż na automatach, a także dwie filmówki. Jedną z nich był „Goldeneye 007” (na zdjęciu Bond obejmował Skrzetuską, Czerkawską, czy jak jej tam?), drugą właśnie „Mission Impossible”. Miała to być fpp pozwalająca nam się wcielić w postać Ethana Hunta, agenta elitarnej grupy Mission Impossible Force. Realizatorzy zapowiadali powalającą grafikę i silnie zróżnicowane misje, dające możliwość nie tylko postrzelania do wszystkiego, co się rusza, lecz także stwarzające szansę rozwoju dla naszego mózgu. Ta cecha miała uczynić z niej coś na kształt trójwymiarowej przygodówki akcji, zupełnie nowego, rewolucyjnego gatunku gier! Jako termin wydania programu podano koniec 1996 roku.
Póżniej przyszedł film z idącym od sukcesu do sukcesu Tomem Cruise i świeżo odkrytym talentem, Jeanem „Zawodowcem” Reno. Był bardzo dobry, trzymał w napięciu, zaskakiwał zwrotami akcji i imponował nienajgłupszą jak na film „bondowski” akcją. Jedynie końcowa scena pościgu helikopterowego budziła niesmak. Śmigłowiec w tunelu? W pamięć zapadł mi również znakomity, tytułowy szlagier muzyczny autorstwa dwojga „mniej znanych” ludzi z U2, Adama Claytona i Larry Mullena.
Film odniósł sukces kasowy, i to zarówno w Stanach jak i w Polsce. A gry wciąż nie było widać. Nie martwiłem się jednak, nie miałem konsoli, zaś PC oferował mi Larę Croft i nieśmiertelnego „SWOS’a”. Ciekawiło mnie jedynie, co się stało z tak dobrze zapowiadającym się tytułem. Przecież sprzedałby się on jak ciepłe bułeczki! Ludzie widząc napis „Mission Impossible” kojarzyli by sobie od razu Cruise’a i niewiele myśląc brali by produkt do koszyczka! Internet w tej sprawie milczał. Ocean wspominał jedynie, że gra taka miała być, że powstaje i że będzie to tpp (a miało być fpp!), zaś daty premiery odnależć nie szło! I tak mijały tygodnie, miesiące, ba, nawet lata! Aż wreszcie nadszedł rok 1998 i Ocean do społu z developerem gry, francuskim Infogrames, triumfalnie ogłosił nadejście nowej jakości. I na wiosnę gra pojawiła się w koszyczkach…
Mówi się, że im dłużej się grę przekłada, tym gorsza póżniej wychodzi. Jest w tym dużo prawdy, tak było przecież z „Into the Shadows”, z „Heart of Darkness” genialnego Erica Chai i wszytko wskazuje na to, że i los ten podzieli „Daikatana” Romero. Bywają jednak przypadki, że z długo szlifowanej perły wychodzi diament jeszcze większej wartości, że wspomnę „Dungeon Keepera” („Co ludzie w tym widzą?” – Windy) . Czym okazał się „Mission Impossible”? Wydaje mi się, że ani porażką, ani sukcesem na miarę „Goldeneye 007”. Prasa, gdy tylko dostała grę w swoje ciepłe łapki, zaczęła narzekać. Krytykowano wiele, przede wszystkim grafikę i nienajlepiej rozwiązane misje, stawiano przeciętne oceny. A ludzie jednak produkt kupowali, grali i nie rozpaczali nad żle wydanymi dolarami. Nie było więc tak żle.
Teraz moja kolej. Przyszedł bowiem czas, że i moje ciepłe łapki schwyciły cartridge z grą „Mission Impossible” i wpakowały go w łakome szczęki konsoli. Teraz ja sobie ponarzekam i pochwalę! Czekałem przecież na tą chwilę dobre trzy lata!
Na początek – grafika. Rzeczywiście, mogłaby być lepsza. Chodzi mi przede wszystkim o framerate na etapach dziejących się na zewnątrz budynków. Wszędzie panuje mgła mająca przykryć niedostatki budynków, niebo udaje brunatnoszara (lub biała) tapeta, a w ogóle to program chwilami zwalnia, zaś sama rozgrywka toczy się nieco zbyt wolnym tempie! Grrr! Wewnątrz zabudowań jest dużo lepiej. Tam też przyjdzie nam docenić wysiłek ludzi z Infogrames. Korytarze są bajecznie kolorowe, krążą po nich ludzie, żołnierze tudzież przypadkowi goście, na ścianach wiszą obrazy, gaśnice, są i kraty wentylacyjne. Tekstury nałożono nadzwyczaj dokładnie, dzięki czemu okolica nabiera życia, realizmu i aż przyjemnie sobie pospacerować. Tak, „Goldeneye 007” pada, jeśli chodzi o wnętrza. Animacja postaci jest niezła. Wydaje się być nieco w tyle za Bondem, brakuje realistycznych upadków po postrzale, sam bohater skacze zbyt sztywno, zaś przeciwnicy dość flegmatycznie reagują na zadawane im ciosy. Nie przeszkadza to jednak w dobrej zabawie! Zwłaszcza, że przerywające grę animowane filmiki są całkiem, całkiem!
Muzyka również jest niezła. Dominuje oczywiście sztandarowy hit rodem z kina, mamy jednak „w secie dodatkowym” kilka innych, interesujących kompozycji. Ale na tym nie koniec. Na jednym z początkowych etapów znajduje się pokój, w którym facet gra na pianinie. Gdy zbliżamy się do niego, słyszymy jego muzykę cicho, cichutko, przytłumia ją donośne „ti du dum” Mullena/Clayona. I bliżej się jednak znajdujemy, tym bardziej pianino bierze górę nad osławionym tematem chłopaków z U2. Robi to znakomite wrażenie! Na minus trzeba jednak zapisać odgłosy broni. Są dobre, jednak do „Goldeneye” im daleko!
Szwankuje też kontrola nad bohaterem. Pad jakoś specjalnie nie służy tej grze, sterowanie nie jest intuicyjne i trzeba się go nauczyć. W dodatku w zależności od wykonywanej misji zmieniają się czynności przypisane poszczególnym klawiszom. Czasami zdaża się, że zamiast uciekać bohater zaczyna podskakiwać w miejscu jak skończony kretyn! Etap wcześniej by uciekał… Psuje to nieco efekt i przedłuża okres frustracji związany z brakiem nieprzerwanych sukcesów.
Wreszcie to, co wydaje się być najważniejsze. Misje. Jest ich pięć, podzielono je na dwadzieścia etapów i pozostają one w dość lużnym związku z filmem. Raz musimy się włamać do bazy, kiedy indziej dorwać jakieś pliki z komputera, czasem też trzeba uciec w przebraniu rosyjskiego generała. Tak, znane z filmu przebieranki przniknęły i do gry! Dzieki temu przyjdzie nam pokierować kilkoma postaciami, będącymi w rzeczywistości jednym i tym samym Ethanem Huntem! Etapy są, jak łatwo zauważyć, dość różnorodne. Stanowi to olbrzymi plus gry. Nie może się ona znudzić! Za każdym razem czeka na nowe, interesujące wyzwanie, zmuszające do użycia innych umiejętności niż poprzednio. Również przedmioty, jakie przyjdzie nam użyć, nie ograniczają się do pięciu podstawowych rodzajów broni. Tu „Mission Impossible” idzie jeszcze dalej niż „Goldeneye 007” czy nawet „Duke Nukem 3D”. Mamy nie tylko maski gazowe, mapy, noktowizory i tony broni, ale i tak subtelne rzeczy jak puder, który to w połączeniu z lateksową (?) maską pomoże nam upodobnić się do dowolnej postaci. Wraz z niecodziennością odbywanych misji daje to niespotykany do tej pory melanż, efektujący tym, że grę trzeba uznać za oryginalną i odkrywczą! Oj, a takich nam brakuje ostatnimi laty!
Szkoda tylko, że wykonywane misje są dość liniowe. Realizatorzy widać nie wiedzieli, jak utrudnić nam grę… W efekcie jedną z największych wad programu stanowi fakt, że grę trzeba przechodzić na czuja! I wielokrotnie zaczynać każdy etap od początku! A to wyciągnęliśmy broń w nieodpowiednim miejscu, a to wleżlimy do pokoju nie mając na sobie odpowiedniego munduru, a to wreszcie narobiliśmu pistoletem huku na cały hotel i zaraz się tu zwali cała Armia Czerwona z chrzanionym generalem Lebiedziem na czele!
Przyszło wydać końcowy wyrok. Ja jestem za. Ale nie dziwiłbym się, gdyby znalazły się jednostki przeciwne. Świat jest pełen szaleńców, o czym świadczył wyborczy sukces Tymińskiego w 1990 oraz moda na dresy kilka chwil póżniej. Ja w każdym razie polecam „Mission Impossible”, przynajmniej do czasu premiery „Perfect Dark”.

Mission Impossible
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles