Goldeneye 007

Możliwość komentowania Goldeneye 007 została wyłączona 2

NAZYWASZ SIĘ BOND. JAMES BOND

Kiedy byłem małym chłopcem, takim chodzącym spać o dziewiątej wieczorem, to długie sobotnie wieczory spędzałem kamieniem przed odbiornikiem telewizyjnym. Rodzice byli już ubłagani i pozwalali posiedzieć tą godzinkę dłużej. Czemu? Toć wtedy Telewizja Polska pokazywała filmy pełne malowniczych, zamorskich krajów, szybkich samochodów, odważnych mężczyzn oraz pięknych i niemal nagich kobiet – czyli przygody najsławniejszego agenta świata, Brytyjczyka Jamesa Bonda. Biada temu, kto miał przyjęcie u ciotki lub telewizor mu wykaszaniło (a były to czasy Heliosów, Wenusów i Elektronów). Kto nie widział kolejnego Bonda, w „przeczkolu” miał przechlapane, a w podstawówce wszyscy go lali. Był mięczakiem, debkiem, smarkiem, miał fisia, był obszczymurkiem a la Muniek Staszczyk i w ogóle robił kupę. Przecież Bond to był kult, obowiązek niczym spacerek do Kościoła po wpis na dopuszczenie do Komunii!!!
Minęło ponad dziesięć lat. Komuniści wyginęli, a ci co żyją, uchodzą za statecznych magistrów. W Stanach mamy aferę za aferą, Clinton się puszcza, a popyt na cygara rośnie szybciej niż na viagrę. U Brytoli książe Karol się rozwiódł, a w ogóle to Dajana nie żyje. Została Królowa Matka, został też Bond. Tak! James B. jest już od kilkudziesięciu lat w czynnej służbie! I nadal radzi sobie świetnie, o czym świadczą dwa znakomite, przebojowe filmy: „Goldeneye” z I. Scorupcco (czyt.: Czerkawską) i „Tomorrow Never Dies” bez I. Scorupcco (Czerkawskiej). Jest też jedna genialna gra – „Goldeneye 007”, dostępna jedynie na N64.
Dziwne to było. Dopiero w dwa lata po triumfalnym pochodzie przez kina „Złote oko” pojawiło się w sklepach z grami! Dwa lata! A jednak ludzie nie zapomnieli tej magii. Przynieśli cart do domu, wieczorem wpakowali w konsolę. rano do pracy nie poszli, na drugi dzień też nie, zaś trzeciego odsypiali poprzednie dwa i w związku z tym też nie było z nich pożytku. Bond okazał się wielki.
Zwykły ffp? Broń Boże! Owszem, wygląda szaraczkowo. Mgła, niezbyt pstrokate kolory. Widok z oczu 007, pistolet, strzelba, karabinek z celowniczkiem, bomby, noże, starczy. No i pierwsza misja. Tama, cisza, świta. Gdzieś pali się światło. Kamera powoli sunie obok strażników przysypiających na wieży obserwacyjnej, mija beczki i oto zauważamy doskonale zamaskowanego człowieka. Stoi, przygotowuje się do strzału. Zbliżamy się… tak, to On! James Bond. Po chwili jesteśmy Nim.
Rozglądam się. Przede mną wieża, dzieli mnie od niej kilkanaście metrów. Przemknę się? Można spróbować, byle po cichu. Może się jednak rozejrzeć? Strzelać na oślep do strażników? Błądzę chwilę po okolicy, celuje sobie do beczek. Nagle znajduję karabinek snajperski. Git! Gdzie była ta wieża? OK, jest. Przykładam oko do szkła teleskopu. Widzę dokładnie, jak strażnik przechadza się powoli wokół wieży. Ponura, zarośnięta, nic nie mówiąca twarz. Strzelam. Padł. Po cichu ruszam do przodu. Przez leżące na ziemi dechy. O rany! Jakiś koleś wyskoczył zza wyłomu i strzela. Byłem szybszy, ale narobił świniarz hałasu. Zaraz będzie gorąco! Dopadam wieży i wchodzę na górę. Zabieram Ś.P. strażnikowi karabin i naboje. Na wieży łatwo mnie nie dostaną, hehe…
To nie „Quake”, panowie, tu trzeba myśleć. Zabijesz kolesia w drzwiach, trup na miejscu. Czekasz na następnych. Czekasz… czekasz… A oni wiedzą, że czekasz. Wiedzą, że będziesz musiał wejść do środka. Bywa więc, że i też czekają z palcami przy cynglach! Trudno ich zajść od tyłu. Strzelać można za to z bliska, z daleka, w rękę, w nogę, w głowę, przez szybę, przez naukowca, w biegu i z miejsca, wszystko to znajdzie odwzorowanie w reakcji zabijanego na kulę. Raz go odrzuci na kilka metrów, raz się zwinie w kulkę, kiedy indziej osunie się obficie krwawiąc na ziemię. Nie zawsze jeden strzał starczy na wysłanie w diabły, czasem trzeba w delikwenta wpakować kilka kulek.
Etapów jest osiemnaście, przy czym przejście gry na każdym z poziomów trudności (zależą nie tylko od ilości miecha do wytłuczenia, ale i od ich IQ, a także zadań do wykonania) otwiera jeden dodatkowy. Ależ są one znakomite! Po kolei odtwarzają wydarzenia znane z filmu. Są więc starcia w rosyjskich bazach, jest ucieczka z pociągu, spotkanie na cmentarzysku pomników socjalizmu, jest rozwałka czołgiem po ulicach Leningradu/Petersburga, czyli wszystko, czego dusza zapragnie. Raz trzeba zaminować i wybuchnąć fabrykę chemiczną, kiedy indziej wydostać się z niewoli przy pomocy zegarka z magnesem, kiedy indziej wreszcie uratować Czerkawską, która to wykazuje wzmożoną podatność na ostrzał. Czasem gnoi się wroga zostawiając mózg przed konsolą, czasem trzeba podejść do akcji bardziej poważnie, przemyśleć strategię, skojarzyć odpowiednie fakty, pogadać ze spotkanymi ludżmi, znależć jakiś przedmiot. Bajka! Kamieniem przy monitorze!
Tym, którzy skończą wszystkie misje, zostaje Multiplayer. Oczywiście znakomity, wysoce grywalny i bogaty w opcje. Można grać cooperative, można się ubijać do 2 trupów („You Only Live Twice”) i do pięciu, jest też parę innych, przyjemnych trybów. Pięknie jest! Naprawdę!
Warto wreszcie szepnąć słówko o tzw. oprawie. Muzyka jest mistrzowska – znamy ją wszyscy, nie będę się więc rozpisywał. Grafika – bardzo dobra. Wszyscy przeciwnicy mają prawdziwe, ludzkie twarze, rozróżniamy zwykłych ludzi i filmowych bohaterów. Bond wygląda jak Brosnan, w Multiplayerze można też grać Connerym, Moorem i resztą ferajny. Klimatu dodają też szczególiki – opcje zmienia się przy pomocy zegarka, niektóre postacie cytują fragmenty scenariusza, czasem można sobie przyjemnie „pogadać” z jakimiś NPC-ami, ruscy wyglądają jak ruscy i nawet butelki czasami się znajdzie.
Wpadek jest niewiele. Czasem facet trafiony prosto w baniak nie ginie jak kula w stogu siana, a dzielnie naciera na nas plując ogniem ze swej strzelby. Bum i po niedociągnięciu. Czasem też stoimy z wrogiem twarzą w twarz, a ten nas nie widzi. Jest to jednak wydarzenie tak rzadkie, że aż pomijalne. Szkoda też, że zabici wrogowie dematerializują się w chwilę po zgonie.
Cóż pozostaje? Marsz GRAĆ! Ja bardziej odpornych na namowy jeszcze pomęczę. Otóż: wielki sukces komercyjny „Goldeneye 007” spowodował ostre przepychanki w całej branży kompogrowej. Rare już pracowało nad „Tomorrow Never Dies”, już miało gotowy scenariusz i pierwsze szkice, kiedy to nagle macierzysta kompania 007, MGM, umowę najbezczelniej zerwało. Cóż, tak smacznego kąska jak licencja na zabijanie, nie oddaje się łatwo. W szranki o Bonda stanęło kilku potężnych developerów, lecz MGM było nieugięte. „Nie damy” i już. Po pewnym czasie 3D Realms ogłosiło, iż przygotowuje PC-tową odpowiedż na „Goldeneye”, czyli „Maxa Payne”. Wkurzone Rare zapowiedziało zdmuchnięcie Bonda programem „Perfect Dark” – historią agentki Joanny Dark ratującej świat przed zagładą, rzecz bardziej UFO-filską niż 007. MGM Interactive pozostawione nieco w cieniu kleci w swej kużni „Jutro nie umiera nigdy” dla PC i PSX i wszystko wskazuje na to, że w 1999 czekają nas 3 cudy świata.
A „Goldeneye 007”? Daję 10/10, bo jest to ciągle najlepsza gra fpp na Nintendo 64. I najprawdopodobniej jeszcze długo taką będzie, bo żadna (ciemna) kobieta Bonda nie pokona…

Goldeneye 007
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles