Final Fantasy 7 (PlayStation)

Możliwość komentowania Final Fantasy 7 (PlayStation) została wyłączona 2

W życiu każdego człowieka są rzeczy, od których nie da się uciec, albo ich ominąć. Niezależnie od przedsięwziętych środków, wcześniej czy później, przyjdzie nam zmierzyć się z nimi – stanąć oko w oko z nieuchronnym. To, co dręczyło mnie od długiego czasu starałem się odłożyć, czasami wręcz – zapomnieć. Pocieszałem się myślą, że być może wkrótce, ktoś zrobi to za mnie lepiej; będzie bardziej bezpośredni, natchniony, pełny zapału. Jednak nadzieja, że ktoś zupełnie obcy sformułuje moje myśli w taki sposób, by przedstawić to, co rzeczywiście czuję okazała się, rzecz jasna, mdlącą ułudą. Chodziłem jednak z tą myślą od dłuższego czasu, wertując niekiedy strony pełne maleńkich literek w poszukiwaniu bratniej duszy. Tak było do dzisiaj.
Podczas wiosennego sprzątania niechcący wpadła mi w ręce foliowa koperta, a w niej kilkanaście płyt CD z wersjami demonstracyjnymi gier na PlayStation. Wiedziony instynktem, uruchomiłem kolejno kilka z nich, gdy nagle mój wzrok spoczął na majaczącym w centrum rozbłyskującego ekranu napisie „FFVII (video)” (trailer znajduje się tutaj – ok. 4MB). Bezwiednie docisnąłem przycisk ściskanego w dłoniach joypada. I stała się światłość. Ta kropla przelała czarę. Nadszedł moment, w którym muszę wreszcie dać upust dławionym wewnątrz od niepamiętnych czasów myślom – a owocem tego są właśnie te ulotne słowa, po których wodzisz w tej chwili oczyma.

Zdarzyło się to kiedyś… Pewnego chłodnego poranka, po kilkudniowej przerwie w graniu, postanowiłem wreszcie odkurzyć nieco stojącą na boku (dosłownie – ci którzy mieli stary model na pewno pamiętają o co chodzi) ulubioną konsolkę. Należało czym prędzej więc sprawdzić co nowego pojawiło się wśród najnowszych nowości. Po krótkim rekonesansie w znajomym sklepie stwierdziłem, że niewiele. Przed oczyma zamajaczyła mi jednak okładka gry Tomb Raider 2. W świetle kilkudziesięciu godzin jakie spędziłem nad jej poprzednią częścią przy pokonywaniu z zapartym tchem kolejnych etapów decyzja nie była trudna. W głębi jednej z półek dostrzegłem jeszcze jedno pudełko opisane na okładce jako Final Fantasy VII. Po tych wszystkich entuzjastycznych zachwytach jakie na jej temat można było przeczytać w zapowiedziach i wysokich ocenach w zagranicznej prasie trudno było się oprzeć. Cały czas jednak towarzyszyło mi uczucie, że daję sobą manipulować wciągając się w tą ogromną machinę, która pcha nieświadomych graczy do inwestycji w kolejne, mocno przereklamowane produkcje. Nieważne. Wziąłem ją do domu i czym prędzej postanowiłem skonfrontować moje przeczucia z rzeczywistością. Proste, przejrzyste menu, bez żadnych ozdobników powitało mnie na wstępie. Po chwili już wspaniałe renderowane intro zilustrowane podniosłą muzyką… Jakieś wielkie miasto, samotna dziewczyna z długim warkoczem i koszem kwiatów… Mocno mangowe, orientalne i futurystyczne akcenty… Jadący pociąg i nagle ostatnia klatka animacji staje się lokacją, po której już po chwili przyjdzie nam się poruszać – to coś nowego! I w tym momencie poznaję głównego bohatera opowieści – żółtowłosego knypka z ogromnym mieczem. Zaskoczony nieco, trochę bezwiednie zacząłem pokonywać kolejne lokacje, walcząc po drodze z kilkoma przeciwnikami i rozmawiając z nowopoznanymi bohaterami… Jeszcze kilka kroków, chwila namysłu, rozpoczynająca się nagle walka, ogromny murzyn najzwyczajniej w świecie wychodzący ze zdeformowanej figurki reprezentującej kogoś z kim miałbym się przez zapowiadane kilkadziesiąt godzin identyfikować i rozpaczliwa myśl „Straciłem dwie bańki!!!” przelatująca mi przez głowę, kilka głośnych przekleństw, uderzenie w stół i parę bezradnych gestów dławionej wściekłości. To było moje pierwsze spotkanie z FF7.
Po kilkunastu minutach, ukoiła mnie Lara pozwalając postrzelać do tygrysów i pająków, odnaleźć kilka sekretnych miejsc i spotkać T-Rexa już na drugim poziomie… Cool! Po kilku kolejnych nużących coraz skuteczniej etapach uznałem cały dzień za fatalną porażkę i udałem się na spacer. Około godziny 23.00, już spokojny i gotowy na spotkanie z każdą kiepską grą postanowiłem sprawdzić co kryją w sobie te trzy kompakty (bo w końcu zdążyłem już zauważyć, iż dialogi nie są czytane, a muzyka jest generowana przez procesor konsoli) – wolałem to niż kolejne spotkanie z niepokorną panną z dużym biustem i merdającym monotonnie w takt kroków ogonkiem. To by było ponad moje siły.

Następnego dnia nie poszedłem do szkoły. Krótka, kilkugodzinna przerwa na sen o szóstej nad ranem, była tym, co zdołało odciągnąć mnie od ekranu. Save`ować nie można było początkowo w dowolnym momencie, a ciekawość dręczyła mnie tak niesamowicie, że po prostu nie mogłem pozostawić gry nawet na moment. Dopiero gdy organizm odmówił posłuszeństwa nacisnąłem z bólem serca przycisk Power, zastanawiając się, gdzie ostatni raz zachowałem stan gry. Śniła mi się Aeris. Po przebudzeniu i wypiciu szklanki zimnej wody postanowiłem… grać! I tak przez kilka najbliższych dni. Następnie każda wolna chwila była nieodpartą pokusą by pędem udać się do domu i jeszcze raz zagłębić się w świat jaki geniusze ze Square po raz kolejny wykreowali dla mnie na szklanym ekranie.

Od tamtej pory nigdy więcej nie zagrałem w Tomb Raidera dłużej niż pół godziny (a i to tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że kolejna część znów okazała się shitem jakich mało). To zaś, co mnie przepełnia gdy słyszę, widzę, czuję lub przypominam sobie coś związane z FF7 to już nie tylko ciarki na plecach i obłąkańcze spojrzenie. Z pewnością wyda Ci się to głupie i myślę, że nie zrozumiesz. Mam jednak nadzieję, że chociaż spróbujesz – niektórym się udało.

Sama gra jest (nie)zwykłym eRPeGiem kontynuującym rozpoczętą lata temu serię. Poprzednie gry ukazały się jednak jeszcze gdy Square pracowało tworząc gry dla Nintendo. Siódma część tej dość znanej w Japonii sagi była więc ich debiutem jeśli chodzi o FF na PlayStation. To co działo się, gdy ruszyła kampania reklamowa w Japonii przekroczyło najśmielsze oczekiwania panów z Sony. Szefowie Nintendo pluli w brody patrząc na triumf konkurencji. To, że pozwolili SquareSoft`owi „zmienić obóz” było największym błędem, jaki tylko mogli popełnić. W dzień poprzedzający premierę gry długie kolejki zaczęły ustawiać się przed centrami handlowymi. Niektórzy przynieśli sobie nawet śpiwory czy namioty, by wygodniej spędzić tę długą noc. Final Fantasy 7 stała się nie tylko grą bijącą wszelkie rekordy popularności. Okazała się grą zdolną sprzedawać systemy – by tylko zagrać, każdy fan RPG gotów był nabyć specjalnie w tym celu konsolę PlayStation. Grą-legendą o gigantycznym budżecie porównywalnym do funduszy przeznaczanych na naprawdę duże i głośne hollywoodzkie produkcje. Również wersja anglojęzyczna spotkała się z niemałym odzewem ustanawiając coraz to nowe, rekordowe wyniki sprzedaży, zarówno jeśli chodzi o ilość, jak i szybkość znikania kolejnych pudełek ze sklepowych półek. Ale przecież ktoś mógłby powiedzieć „Final to komercja!”. Gdybym nie poświęcił tej grze tych kilkuset (nie wiem ile – 500 na pewno… może 600…?) godzin, również byłbym skłonny w to uwierzyć. Obecnie, zachęceni sukcesem „siódemki” autorzy nastawili się na duży zysk przy okazji części ósmej i dziewiątej, lecz tego samego co towarzyszyło FF7 nie udało im się osiągnąć i, mimo moich ogromnych nadziei pokładanych w FFX na PS2, myślę, że już raczej nigdy się nie uda:(…

Enigmatyczny początek gry nie nastawia zbyt optymistycznie do mającej się rozegrać przygody. Brudne, zanieczyszczone, futurystyczne miasto cuchnące dymem z reaktorów i tchnące zimnem bezdusznych, stalowych konstrukcji. A pośród tego wszystkiego nasz jasnowłosy Cloud – najemnik o opryskliwym podejściu do innych, wykonujący misję bojową dla podziemnej organizacji Avalanche, walczący dla pieniędzy, w imię idei, która go absolutnie nie obchodzi. Miasto Midgar jest brudnym pępkiem świata, a korporacja Shinra bezlitośnie eksploatuje zasoby planety, wyczerpując energię zwaną Mako, co w krótkim czasie może spowodować biblijny Armageddon. Nie widać wielkiej nadziei, poza maleńkim ruchem oporu mającym bardzo ograniczone środki na walkę z Shinrą. Tak zaczyna się największa, prawdziwie epicka przygoda jaką mogłem sobie kiedykolwiek wyobrazić. Razem z poznanymi przyjaciółmi przeżyjemy radości i smutki, wzloty i upadki, poznamy prawdziwego wroga – najmroczniejszy, najgłębszy, najbardziej mistyczny i tajemniczy, a zarazem najwspanialej wykreowany czarny charakter ze wszystkich bezlitosnych oportunistów jakich można spotkać we wszystkich częściach FF, włączając w to dwie kolejne. Tak. Sephiroth stał się postacią zaiste kultową. Nie raz będziemy unosić się w przestworzach przy akompaniamencie kojącej muzyki czy spokojnie kroczyć plażą na rajskim Costa de Sol pijąc zimnego drinka. Innym razem jednak pompatyczna i dołująca muzyka w połączeniu z wydarzeniami na ekranie zdoła wywołać zagubienie połączone z dziwnym lękiem. Szczytem emocji będzie zaś, niezapomniany chyba dla nikogo, koniec pierwszej płyty, gdzie trzeba być naprawdę nieczułym, by po tym wszystkim co do tej pory udało się osiągnąć nie poczuć w oczach gorących łez, będących wyrazem żalu nad tak niepowetowaną stratą jaka czeka tam każdego gracza…

Wszystkim wydarzeniom towarzyszy wspomniana, jedyna i niepowtarzalna muzyka, adekwatna nie tylko do lokacji, ale oczywiście także do wypowiadanych kwestii czy wydarzeń. Nobuo Uematsu, kompozytor nadzorujący prace nad oprawą muzyczną we wszystkich Finalach, spisał się tym razem po prostu fenomenalnie. Utwór towarzyszący walce z ostatnim wcieleniem Sephirotha to jednak już całkowite mistrzostwo – chór, drżące głosy, patetyczna melodia, uczucie ogarniającego mroku i nieuniknionej katastrofy. Podobnie jak nasz Sephiroth – absolutny killer. Wielopłytowy soundtrack z gry w swoim czasie był prawdziwym rarytasem a i dzisiaj jest łakomym kąskiem. Również w internecie można znaleźć sporo utworów, niestety głównie w formacie mid.

Wspaniały i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach scenariusz nie mógł się obejść bez wystarczająco efektownej i odpowiednio sugestywnej oprawy graficznej. Do tej pory szczytem kunsztu Square na polu FF było osiągnięcie najwyższych lotów grafiki szesnastobitowej na konsolach poprzedniej generacji (SNES). Wszystko, co mogliśmy do tej pory oglądać pod szyldem Final Fantasy ukazywało mistrzostwo autorów, jeżeli chodzi o kompozycję, styl i wyrażane za pomocą obrazu treści. PSX jednak był już na tyle zaawansowaną technicznie platformą by bez problemu otworzyć przed nimi nowe możliwości. Śliczne, renderowane, pełne szczegółów, animowane tła z setkami detali, niemalże żyjące własnym życiem. Różne, czasami najdziwniejsze ujęcia kamery, zawsze jednak perfekcja w każdym calu. Co jakiś czas dłuższe lub krótsze renderowane filmy ukazujące dynamiczne i doskonale ciągnące fabułę do przodu akcje. W dodatku, zostały one wtopione w grę tak dokładnie, iż przejścia między statycznym tłem a animacją jest niesamowicie płynne i daje duże poczucie spójności. Jak już wyjaśniłem na przykładzie jadącego pociągu działało to oczywiście w obie strony. Pośród tego wszystkiego nasze lekko mangowe, ładnie ocieniowane postacie poruszające się po wytyczonych przez autorów ścieżkach z zachowaniem perspektywy i odpowiednio dobranymi do sytuacji gestami. I na koniec wspaniałe, tajemnicze, dwudziestominutowe zakończenie. To wystarczyło bym mógł przez dobre kilka godzin zbierać szczękę z podłogi, a jej kawałków szukać u sąsiadki na dole. Liczone w czasie rzeczywistym miejsca gdzie rozgrywane są walki, zabójczo wyreżyserowane animacje czarów i summonów, mocarne potwory, zwycięskie gesty indywidualne dla każdego z bohaterów, setki przeciwników, świetnie zaprojektowane podgierki i mapa świata, po której poruszać możemy się chodząc, jeżdżąc, pływając (nawet pod wodą) lub latając, zrobiona w pełnym 3D to już inna bajka o równie efektownej puencie. Na dzień dzisiejszy muszę przyznać, że w „dziewiątce” udało się autorom zawrzeć najważniejsze elementy i rozwiązania graficzne wykorzystane w poprzednich dwóch Finalach i osiągnąć prawdziwe wyżyny w tym punkcie. Niemniej jednak oprawa FF7 jest na tyle dobra, by bez problemu można było rozkoszować się grą nawet dziś. Wszak wiadomo, że w archaiczną pod każdym względem FF4 (czy dowolną inną) pogrywa nadal wielu graczy, nie zważając na graficzne niedostatki, z niekłamaną przyjemnością.

Jak już zdążyłem napisać na początku poprzedniego akapitu, FF7 jest grą RPG w dość widoczny sposób kontynuującą reguły i schematy rządzące grą, obecne we wszystkich częściach poprzednich. Jak jednak przystało na rozwijającą się serię, wprowadzone zmiany są na tyle rewolucyjne, by ich zgłębianie stało się po raz kolejny niesamowitą przygodą. Tym razem nie uświadczymy podziału na białych, czarnych czy niebieskich magów. Pojawiła się bowiem najbardziej rewolucyjna rzecz we wszystkich grach FF, a mianowicie system Materii. Kolorowe kamienie umieszczone w slotach znajdujących się na broni i zbrojach posiadają przeróżne magiczne właściwości, którymi członków drużyny (tym razem maksimum troje) można obdzielić według własnej koncepcji. Istnieje oczywiście nadal podział na magię ofensywną, defensywną, wspomagającą i jeszcze kilka innych rodzajów. Największe pole do popisu daje jednak możliwość łączenia ze sobą właściwości różnych Materii. Dla przykładu Materia All w połączeniu z Cure pozwoli na uzdrawianie za jednym zamachem już nie jednego, ale wszystkich członków drużyny. Analogicznie stanie się gdy połączymy All z Fire – będzie można podsmażyć kilku oponentów na raz. Podane dwie kombinacje są oczywiście jak najbardziej elementarne. Z czasem nauczycie się budować całe łańcuszki Materii, faszerować broń najwymyślniejszymi rodzajami magicznych kamieni, jakich w grze znaleźć można multum. Niesamowita ilość daje niesamowitą swobodę – zdobycie niektórych pochłonie długie godziny, ale za każdym razem okazuje się, że było warto hodować złotego chocobosa by dotrzeć na nim do najskrytszych tajemnic planety. Zrozumiesz gdy zagrasz. Gdy ma się już dany rodzaj Materii można go rozmnożyć poprzez podniesienie jej stopnia doświadczenia. Szybkość jego wzrostu zależna jest od mnożnika jaki posiada broń, gdzie kamyczek jest umieszczony. Każda Materia ma swoje własne doświadczenie, jedne podnoszą swój poziom szybciej, inne okropnie wolno. Zawsze jednak pozostaje coś do zrobienia, gdyż zdobycie wszystkich możliwych Materii i wypróbowanie najważniejszych kombinacji graniczy już naprawdę z totalnym mistrzostwem.

Gra wprost obfituje we wszelkiego rodzaju umilacze, niespodzianki, subquesty, drobne upominki i całkowicie nieprzydatne, lecz cieszące niesamowicie oko, lokacje. Występujące tu dodatki są najczęściej kluczem do najbardziej poszukiwanych i pożądanych artefaktów obecnych w grze, stających się tym samym motywacją do kolejnych prób ich zdobycia. Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, ale chyba nikt nie zechce zanegować stwierdzenia, iż możliwość wejścia do wesołego miasteczka i zagrania na każdym z automatów jest szalenie miłym dodatkiem. A podobnych sytuacji znajdziemy w grze całe mnóstwo. Każdy, nawet maleńki szczegół może mieć bardzo istotny wpływ na nasze dokonania. Często do celu prowadzą dwie lub więcej dróg, czasem mamy tylko jedną szansę – jest naprawdę różnie. Dla przykładu – Summon Materię Knights of the Round można zdobyć na dwa sposoby – jeden jest długi, żmudny ale w miarę prosty do wykonania przy długim nakładzie czasu i funduszy. Jest to hodowla chocobosów, trenowanie ich na wyścigach (gdzie również można wygrać jako dżokej niemałe nagrody) i po urodzeniu się złotego ptaka – wyprawa po czerwony kryształ. Drugi sposób polega na pokonaniu jednego, z kilku nieopatrznie uwolnionych, strażników planety – Weaponów. Spotkanie z niektórymi z nich przewiduje scenariusz – mimo to jednak nigdy nie dochodzi do naszego zwycięstwa – co najwyżej, Weapon ucieka. Dalsze konfrontacje są już zależne tylko i wyłącznie od naszej woli – Ultima Weapon nie jest godnym przeciwnikiem – to tylko wstęp, rozgrzewka. Schody zaczynają się gdy zechcemy stanąć w szranki z Ruby lub Emerald Weapon. To właśnie ten drugi po jego pokonaniu otwiera nam możliwość zabrania trzech Master Materii (są to Materie zawierające w sobie wszystkie czary danego rodzaju – Magic, Summon i Command), zawierających również Summon Knights of The Round. Szkopuł tkwi w tym, iż oba potwory mają circa milion HP. W porównaniu do końcowego bossa mającego ich na oko z dziesięć razy mniej jest to dość spora przeszkoda (pomijając oczywiście monstrualne obrażenia jakie zadają wszystkim członkom drużyny i kończący się tlen wyznaczający dwudziestominutowy limit czasu walki; ten ostatni na szczęście jest do obejścia) – i tutaj właśnie jest pole do popisu dla prawdziwych speców. Przeróżne układy Materii, Countery, Lucky 7, Materia Final Attack połączona z Summonem Phoenix, Quadra Magic, W-Summon… Te nic nie znaczące dla przeciętnego zjadacza chleba słowa, to klucz, jaki będziesz musiał (na początku), a następnie już chciał (z czasem) poznać, gdy zagłębisz się w fascynujący świat Final Fantasy. Samo ukończenie gry nie ma więc nawet w najmniejszym stopniu nic wspólnego z poznaniem jej tajemnic. Można grać „na biegu” – uciekać od walk, ignorować dodatkowe zadania, nawet nie trzeba kompletować całej drużyny pomijając wiele odnóg i wątków pobocznych scenariusza – iść po najmniejszej linii oporu. Na koniec trzeba jeszcze nieco podszkolić bohaterów i stanąć wreszcie do finałowego pojedynku, by za którymś razem wreszcie dzikim fartem osiągnąć upragniony cel i wygrać. Nie to jednak było MOIM celem.
Jedną z wad zarzucanych grze jest jej liniowość – tutaj jednak jestem skłonny trzymać stronę autorów. Stało się to już cechą serii – jedno, jedyne, słuszne i właściwe zakończenie. Po drodze można natomiast poszaleć, puścić wodze fantazji, godzinami hodować chocobosy, zwiedzać świat, kupić swą własną willę, bić kolejne rekordy w wesołym miasteczku, kraść wrogom nowe, niespotykane umiejętności, poszukiwać nowych questów, postaci, przedmiotów, broni i Materii. To jest dla mnie właśnie zaletą tej gry – na początku trzeciej płyty można się najzwyczajniej w świecie zatrzymać i rozpocząć dogłębną eksplorację. Wrócić do niezbadanych zakątków lub odszukać te, które dopiero w tym momencie otworzyły się przed nami. Całą grę można ukończyć (powtarzam: ukończenie nie jest równoznaczne z jej zgłębieniem) w kilkadziesiąt godzin (i przy wprawnym poruszaniu się po świecie, prędzej będzie to dwadzieścia niż pięćdziesiąt). Biorąc pod uwagę, iż od początku do końca przeżyłem tą niezapomnianą przygodę pięć razy – jak myślicie, co mogłem robić przez pozostałe 250 godzin? Odejmując pięćdziesiąt na fragmenty, które z różnych względów zdecydowałem się kilkukrotnie powtarzać (a było ich naprawdę sporo), pozostaje 200 godzin. A bite 200 godzin zabawy z chocobosami, grania w podgierki i wykonywania kolejnych questów to chyba niemało.

Z wartych odnotowania informacji warto napomknąć jeszcze o Limit Breakach, czyli specjalnych umiejętnościach każdej z postaci możliwych do wykonania w momentach gdy dany bohater odniesie odpowiednią ilość obrażeń. Wtedy pojawia się dodatkowa opcja dająca możliwość wykonania bardzo silnego ataku. Biorąc pod uwagą fakt, iż kolejne Limity należy odnaleźć podczas wędrówki (można je wygrać, kupić lub dostać jak zwykłe przedmioty), a także niemałą liczbę postaci oraz to, że każdy może mieć ich osiem… Po raz kolejny FF nie da Wam spać po nocach – wszystkie po prostu trzeba choć raz zobaczyć. To samo tyczy się ostatnich broni, do których dostęp jest nieraz naprawdę mocno utrudniony. Trzeba wykazać się wytrwałością, sprytem, umiejętnością kojarzenie pewnych faktów i wieloma innymi przymiotami cechującymi wartościowych osobników:). To klucz do sukcesu.

O czym mógłbym jeszcze napisać w tym wspaniałym dniu? Zerknijcie więc na małą ciekawostkę (pół żartem, pół serio). Mój sposób oceniania gier jest prosty – jeżeli tytuł gry kryje na początku któregoś wyrazu literę F, jestem nim zainteresowany i automatycznie ocena skacze o oczko w górę:). Jeśli w tytule znajdą się już dwa wyrazy zaczynające się na F, sugerowana ocena dla tej gry zaczyna się wahać w granicach 7-9. Jeśli zaś producentem jest SquareSoft, a tytuł, prócz dwóch wyrazów na F zawierać będzie rzymską cyfrę, prawdopodobnie będzie to murowana „dycha”, a na kilkukrotnym jej ukończeniu sprawa się nie skończy;). Mimo wszystko jednak, biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy, wady i zalety, jest tylko jedna gra, której mogę z czystym sumieniem postawić maksymalną ocenę. I to właśnie jej poświęcony jest ten tekst. Niesamowita miodność obecna gdzie indziej (np. w grach zręcznościowych) z czasem wyparuje i nawet tryb multiplayer tak przecież podtrzymujący żywotność wszystkich tytułów niewiele tu zdziała. Ta gra ma duszę. Final Fantasy 7 to gra mojego życia, arcydzieło, najlepsza gra na świecie. I może głupio zabrzmi to, co przeczytasz za chwilę, ale nie wyobrażam sobie siebie bez niej. To oczywiście subiektywne odczucie recenzenta, ale czy przypadkiem nie taka jest właśnie jego rola? Pisanie o swoich wrażeniach związanych z grą. A trzy lata spędzone na rozmyślaniach nad tym jednym tytułem to chyba wystarczający okres, by wiedzieć z czym miałem do czynienia. To niesamowite, ile jestem w stanie o niej napisać i powiedzieć. Może napiszę odę albo ułożę jakąś piosenkę… Nie wyobrażacie sobie jak wspaniale można się czuć, kiedy robi się to, co lubi się robić. Miało być 5000 znaków. Chyba trochę przesadziłem…

Te słowa pisze fan. Fan RPG, fan gier Squaresoftu, fan Final Fantasy. Moja opinia nie jest jednak odosobniona. I choć nie lubię tego robić, po raz kolejny posłużę się cytatem, który (mam nadzieję) raz na zawsze zamknie usta wszystkim, którzy Final Fantasy mieszają z błotem, podczas gdy sami nie poświęcili serii ani chwili uwagi, okazując na każdym kroku swą bezgraniczną ignorancję. „Miliony Japończyków nie mogło się mylić”. A każdy inteligentny człowiek z pewnością odniesie to zdanie również do rankingów popularności w innych krajach i wtedy, chcąc czy nie chcąc, sam oceni, kto naprawdę jest odmieńcem. Tobie zaś, drogi czytelniku, życzę znalezienia się po właściwej stronie barykady. I serdecznie pozdrawiam – do przeczytania!

Final Fantasy 7 (PlayStation)
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles