F-1 World Grand Prix (N-64)

Możliwość komentowania F-1 World Grand Prix (N-64) została wyłączona 5

Z nadejściem miesiąca maja roku Pańskiego, panie czytelniku, 1998 roku mania wyścigów Formuły 1 udzieliła się również właścicielom Nintendo 64. Nastał bowiem czas niewielkiej firmy Paradigm i jej flagowego dzieła, „F-1 World Grand Prix”. Dobrze, bo do tej pory na N64 mieliśmy tylko słabe „F1 Pole Position” rodem z UbiSoft. Źle, bo najnowsza gra, choć niezła, również do znakomitości nie należy.
Trzeba przyznać autorom, że forsy sobie nie żałowali. Zakupili od Formula One Association licencję na wykorzystanie nazwisk kierowców, ich samochodów, logo firm, tras wyścigów, jednym słowem wszystkiego, czego rasowy fan F1 mógłby oczekiwać od rasowej gry. Oznacza to, że będziemy mogli wskoczyć w kokpit w kombinezonie Damona Hilla i ruszyć w bój na torze Suzuka licząc na Grand Prix i rozpacz niejakiego Michaela Schumachera. I tak powinno być w każdej grze sportowej! Ze sław zabrakło jedynie kanadyjczyka francuskiego pochodzenia, znakomitego skądinąd Villeneuve, który shandlował swe nazwisko komuś innemu. W „F-1 WGP” zastąpił go niejaki „Williams Driver”. Na szczęście wbudowana opcja Edit pozwala na wyeliminowanie tej nieścisłości.
Również graficy dali z siebie wszystko. Prawie rok ich wytężonej pracy zaowocował realizmem, jakiego jeszcze w konsolowych wyścigach nie widzieliśmy. Pozostaje jedynie wywalić język na blat i jopić się ile sił w patrzałkach. Odtworzone z dbałością o najmniejsze szczegóły trasy, doskonale przedstawione bolidy, piękny, błyszczący asfalt, kolorowe bandy, drzewa na poboczach, budynki – wszystko to powoduje, że gracz czuje się, jakby naprawdę znajdował się w trakcie morderczego wyścigu, choćby na Monzie. Co więcej, spod kręcących się kół wylatują od czasu do czasu iskry, opony zmieniają kolor w zależności od nawierzchni (wjedziesz w trawę – po chwili będą zielone), przejazd po poboczu wznieca tumany kurzu. No, chyba że ścigamy się w deszczu. Kurzu wtedy nie ma, są za to kałuże i śliska nawierzchnia. Opony zakładamy szersze, bardziej przyczepne. Cóż to oznacza? Realizm. Od początku widać, że ludziom z Paradigm chodziło właśnie o maksymalnie wierne odtworzenie warunków, jakie panują na trasie. Nie chcieli stworzyć kolejnego wyścigu w stylu „San Francisco Rush”. Chcieli symulatora. I zrobili symulator.
Kierować bolidem jest bardzo trudno, nawet na poziomie „rookie”. To dziwne, bo z definicji przeznaczony jest dla żółtodziobów, a tu wydaje się być dla zatwardziałych hardcore’owców z plakatem Ś. P. Senny nad łóżkiem (u mnie wisi Królewskie). Wspomaganie kierownicy i hamulców niewiele daje. Ba, przeszkadza nawet. Owszem, nie wylatujemy z trasy na każdym zakręcie, tak jak to ma miejsce na poziomie „professional”, ale za to narażeni jesteśmy na inne niedogodności. Przede wszystkim na starcie zawsze zostajemy w tyle. Jakkolwiek szybko byśmy nie ruszyli, pozostali formułowicze znikają daleko z przodu. Poza tym wspomaganie diablo ogranicza nasze możliwości – chcemy zaryzykować i wziąć zakręt przy pełnym spidzie – nie możemy. Kiedy indziej zaś zaufamy wspomaganiu i wylądujemy w piachu. Grywalność w tym momencie spadła na ryj niczym buldog w czasach kształtowania się psich ras. Po prostu life is brutal and full of zasadzkas…
Zawodzi też dżwięk. Jest jednostajny, nachalnie brzeczący i nie przypomina mi w żaden sposób odgłosu silników znanych z telwizyjnych relacji. Jedyne co mi się z nim kojarzy, to monotonny odgłos fabryki typowy dla dużych osad miejskich (wyjdżcie przed chałupę nocą, a usłyszycie, o co mi chodzi). Przed śmiercią kliniczną z powodu uwiądu narządu słuchu ratuje nas, a swoje szczęscie, pewien śmieszny koleś. Kłapie on co jakiś czas ważną informację na temat przetasowań na trasie. To nasz pilot, nasze trzecie oko siedzące gdzieś w telewizorni i oglądające na 40 monitorach wszelkie statystyki wyścigu. Zupełnie jak w rzeczywistości! To z jego ust dowiemy się, jaką stratę mamy do prowadzącego, a jaką do bezpośrednio wyprzedzającej nas osoby. Fajnie, że ktoś pomyślał i nie wcisnął nam po raz kolejny jakiegoś palanta w stylu Szaranowicza, który krzyczałby co chwila „My God! Who gave him the driving license??”. Oczywiście nie znaczy to, że Szaranowicz jest palantem…

Nie zmienia to faktu, że gdy nie ma grywalności, nie ma i dobrej oceny. Tej straty nie zrekompensuje bowiem ani nasz osobisty pilot, ani komplet 17 doskonałych tras. Nie pomoże też kilka interesujących trybów gry (od single playera po bardzo interesujący ghost mode, kiedy to niczym w „Mario Kart 64” ścigamy się z własnym duchem, czyli z naszym wynikiem z poprzedniego okrążenia), ani możliwość rozegrania Grand Prix 1997 roku w identycznych warunkach atmosferycznych co w rzeczywistości. Nie podwyższy oceny gry także rozróżnienie w charakterach poszczególnych graczy (jedni cię przepuszczają, z innymi będziesz się musiał sporo namęczyć), gdyż może się zdażyć, że „dzięki” słabemu przyspieszeniu nie będziesz w stanie przegonić skutecznie blokującego cię gościa. Niby jest to realistyczne, bo takie scenki widzi się nieraz podczas prawdziwego wyścigu na Eurosporcie, jednak nie jest to żadne usprawiedliwienie. Powinienem zawsze mieć szansę wygrać!
Stawiam więc 6.5, acz zaznaczam, że osobom kochającym trudne, samochodowe symulacje gra spodoba się dużo bardziej niż sugerowałaby ta ocena.

F-1 World Grand Prix (N-64)
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles