Duke Nukem: Land Of The Babes

Możliwość komentowania Duke Nukem: Land Of The Babes została wyłączona 4

Kiedy kilka lat temu, gdy słowo „konsola” w naszym kraju kojarzyło się bardziej z lotnictwem niż z urządzeniem przystosowanym do gier video, na topie były komputery PC z procesorem 486 MHz, a Doom rządził niepodzielnie jako najlepszy shooter wszechczasów, pewni ludzie postanowili stworzyć grę. Grę, której bohater miał być tym dla niezmordowanego komandosa z Dooma, czym jest palnik acetylenowy dla lekko zużytej zapalniczki. Wybaczcie to dziwne porównanie, ale akurat przyszło mi na myśl właśnie takie i jestem skłonny stwierdzić, że zadanie, jakie postawili sobie ci właśnie twórcy, wypełnili na piątkę. Płomień palnika nie tylko stopił ledwo co żarzącą się jeszcze zapalniczkę doszczętnie, ale i podgrzał otoczenie do tego stopnia iż niektórzy niemal eksplodowali. Gdy gra ukazała się w wersji shareware, nie było chyba osoby, na której nie zrobiłaby piorunującego wrażenia. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Jak często, do tamtej pory, ktokolwiek miał okazją kierować poczynaniami napakowanego po uszy sterydami, ociekającego potem i krwią, ogromnym osiłkiem o nordyckiej urodzie rozrywającym za pomocą wyrafinowanych urządzeń, jak zamrażacz czy zmniejszacz, wszelkie żywe istoty na drobniutkie kawałki? A jeżeli jeszcze przeciwnikami byli kosmici o wyglądzie i zachowaniu człekokształtnych świń, a Duke (bo tak nazywał się ów niepokorny blondasek) co jakiś czas obscenicznie korzystał z pisuaru, lub rzucał w stronę stojących nieopodal pań lekkich obyczajów studolarowym banknotem, za którym podążały wypowiadane lubieżnym tonem słowa „U wanna dance?” oraz dwa granaty bez zawleczek (to byłe pipe bomby, ale granaty brzmią lepiej:), a w przerwach między załatwieniem się jednej ze świń do karku a udekorowaniem mielonym mięsem sufitu oglądał w kinie film pornograficzny? Odpowiedzią najczęściej była opadnięta do podłogi żuchwa, ale prawie zawsze oznaczało to „Nigdy!!!…”. A taki właśnie był Duke Nukem 3D – król zniszczenia i pożogi – pełen czarnego humoru, erotyzmu, szyderczych elementów z nutką parodii, tyleż wulgarnych, co dowcipnych komentarzy naszego herosa i prawdziwie bestialskiej i graniczącej momentami z sadyzmem jatki wymuszającej znaczek „18” na opakowaniu. Według wielu osób pierwsza gra, dla której warto było mieć Pentium. Książę w krótkim czasie awansował na Króla. Kto nie grał w Duke’a, powinien jak najszybciej zaległości nadrobić.
Mijały lata. W międzyczasie wśród tuzinów podobnych gier ukazały się Quake, Unreal czy Half-Life oraz ich sequele. Właśnie czekam na Duke Nukem Forever. Wszystko to na PC. A PSX? Tak, na PlayStation znajdziemy również przygody brawurowego rozpruwacza, jakim jest Duke. Konwersja Duke Nukem 3D na PSX nosiła tytuł Duke Nukem i choć zawierała parę ciekawych dodatków (m. in. dodatkowy epizod Plug And Pray, czyli sześć nowych w stosunku do PC etapów), to nie ona przysporzyła Nuklearnemu Księciu popularności wśród posiadaczy szarej konsolki. Kolejna część jego odwiecznej walki ze świniami pojawiła się na PSX pod tytułem DN: Time To Kill. Była to jednak niespodzianka (na szczęście dość udana), gdyż gra zmieniła się z FPP w TPP shooter. Mówiąc prościej, od tego czasu obserwujemy Duke’a z perspektywy trzeciej osoby – tak jak Larę w serii Tomb Raider. Mimo to gra nie straciła swego klimatu i okazała się wielkim przebojem. Dziś mamy rok 2001 i całkiem niedawno developerzy z firmy N-Space postanowili uraczyć nas kolejną grą ze świńskimi flakami w roli głównej. Czy jednak DN: Land Of The Babes powtórzy sukces poprzednika?
Mimo, że w tego typu grach fabułą przejmować za bardzo się nie należy, mogę śmiało stwierdzić, iż poprzednie części stwarzały większą motywację do grania niż historia serwowana nam przez twórców nowego DN. Jest ona krótka, zwięzła i bardziej infantylna niż jej bohaterowie. Grupa skąpo odzianych dziewcząt (czyli tytułowe „babes”), prowadzi niezbyt wyrównaną walkę z zaborczymi kosmitami, którzy chcą odnieść druzgocące zwycięstwo. Ruch oporu rodem z pokazu bikini wzywa więc na pomoc jedyną osobę, która może im w tej chwili pomóc. Nie, nie Pamelę! Oczywiście chodziło mi tu o Duke’a. Ten, nie mając nic innego do roboty poza strzelaniem do innych, piciem napojów wyskokowych i obłapianiem panienek, stwierdziwszy, iż może to robić także gdzieś indziej rusza na ratunek niedowartościowanym biedactwom:).
Popatrzymy dalej: do naszej dyspozycji oddano całe mnóstwo różnorodnych broni znanych już z poprzednich części lub debiutującej w tej właśnie odsłonie gry. Prawdziwy wypas – każdy znajdzie dla siebie coś miłego. Liczba poziomów także nie pozostawia wiele do życzenia – czternaście etapów oraz kilka aren dostępnych w trybie multiplayer (split screen poziomy, pionowy lub nowy rodzaj zachowujący stosunek wymiarów pola widzenia). Stopień trudności jest dosyć wysoki i parę razy z pewnością nie powstrzymacie się by sięgnąć do cheatów by uruchomić, choć chwilową, nieśmiertelność. Przy tym gra jest dość rozbudowana ze względu na zwiększoną ilość elementów  przygodowo-logicznych. Reszty dopełnia mnogość różnorodnych przeciwników, których ilość jest adekwatna do rodzajów broni. Coś około dwudziestu gatunków. „A więc wszystko pięknie!” – ktoś zawoła. Niestety. Co to, to nie. Ilość poziomów nie przeszkadza wcale w stwierdzeniu, iż ich wykonanie pod względem zarówno merytorycznym jak i graficznym jest do bani. Pole widzenia jest niewielkie, brak tu szczegółów, mało jest detali, pełno identycznych tekstur. Długi czas przechodzenia poszczególnych etapów nie jest niestety wynikiem dużych obszarów do eksploracji, ale powtykanych tu i ówdzie motywów znanych z wspomnianego już Tomb Raidera, takich jak bezsensowne noszenie przedmiotów z miejsca na miejsce. Mnogość broni i przeciwników zaliczyć należy oczywiście do zalet gry, ale już paskudna grafika postaci (i ogólnie – wszystkich obiektów) do zalet raczej nie należy. Sam Książe wygląda jak pomalowana akwarelami kukła zrobiona z kartonowych pudełek, panienki są lekko kanciaste, świnie nie są już tak fajne jak dawniej, nawet krew wydaje się być brzydsza niż w Time To Kill. Porażka. Autorzy cofnęli grę w rozwoju w stosunku do części poprzedniej! Sterowanie czasami staje się dziwnie toporne; miejscami odnosiłem wrażenie, że kieruję niezgrabną ciężarówką sunącą powoli po zbyt ciasnych dla niej korytarzach.
Strona dźwiękowa nie jest może do końca zaniedbana, ale natychmiast po obejrzeniu „fajerwerków” graficznych schodzi na drugi plan nie eliminując uczucia zniesmaczenia. Tytułowy utwór słuchany podczas intra robił nawet nadzieję na jakąś świetną i klimatyczną muzyczkę, taką jak w DN.
To, co ratuje Duke’a przed jedną z ocen „miernych”, to szeroki wybór broni, znośny tryb multiplayer i wesoło pokwikujące co jakiś czas świnie w kuloodpornych kamizelkach. Szczerze mówiąc najważniejszy w Duke’u był dla mnie zawsze jego klimat, który pozwoliłby mi znieść nawet obecne tu niedoróbki graficzne. Niestety, tu jest go zbyt mało, a schematyczne i brzydkie poziomy powoli przeważają szalę. Nie mógłbym z czystym sumieniem polecić graczom gry Duke Nukem: Land Of The Babes. Za to jednak dwie poprzednie części na PSX, czyli Duke Nukem i DN: TTK mają moje błogosławieństwo i rekomenduję je każdemu graczowi żądnemu przygód Księcia. Nawet pomimo swego wieku zachowały to, czego w LOTB nie sposób odszukać.

Duke Nukem: Land Of The Babes
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles