Crash Bandicoot

Możliwość komentowania Crash Bandicoot została wyłączona 0

Już za parę miesięcy niejeden z Was, drodzy czytelnicy, stanie przed dylematem, jakim niewątpliwie jest wybór sprzętu do grania, w jaki wypada każdemu szanującemu się graczowi, co jakiś czas zainwestować. A skoro PlayStation powoli kończy swoją chlubną drogę po świecie gier wideo, poczciwy P200 kurzy się pod biurkiem, Nintendo 64 pożegnaliśmy już jakiś czas temu (o Saturnie, 3DO czy Jaguarze nawet nie wspominam), a GameBoy przestaje wystarczać, trzeba się będzie wreszcie na coś zdecydować. Czy będzie to PC, pogardliwie nazywany PieCem lub blaszakiem, czy też może któraś z konsol nowej generacji? Jak wybrać? Jeśli PC odpadnie ze względu na niechęć do swej wysokiej awaryjności i trudności z konfiguracją systemu, lub zrazi do siebie użytkowników, którzy przecież wolą grać – po internecie mogą surfować za pomocą DreamCasta, filmy na DVD oglądać na PlayStation 2, a wydrukować sobie szkolne wypracowanie u mamy w pracy – pozostaną prawdopodobnie salony gier lub wspomniane już w tekście tej recenzji konsole nowej generacji. Pod uwagę wziąć możemy na razie dwie: Playstation 2 od Sony oraz DreamCasta Segi. Pozostałe, takie jak X-Box Microsoftu czy Nintendo GameCube pozostają na razie poza kogokolwiek zasięgiem. I co teraz – jak wybierać? Sugerować się kształtem, czy może kolorem? Pudełka od gier na DC są mniejsze, za to te od PS2 wyglądają jak opakowania od filmów DVD. Czy to dobry argument? PS2 jest droższa? Więc kupmy DC! Zaraz, zaraz, a co, jeśli historia się powtórzy i po dobrym starcie dziecko Segi padnie do rynsztoka na zbity (za przeproszeniem) pysk? A więc odpowiem: jeśli miałbym wybierać jedną, i tylko jedną konsolę, nigdy nie zrezygnowałbym z PS2! Powód? Na DC nie ma w planach gry Final Fantasy X. To wszystko? – zapyta ktoś. Tak, to wszystko, bowiem nie interesuje mnie czy będę grał na PS3 czy na Pegasusie. Będę grał w FFX (a w przyszłości zapewne XI, XII, XIII…). Gdy kilka lat temu do wyboru miałem Saturna i PSX, decyzja również nie była trudna. Po obejrzeniu Tekkena, Ridge Racera, czy zapowiedzi kolejnych hitów bez namysłu wpakowałem w nowy sprzęt okrągłą sumkę z „dwójką” na początku porzucając natychmiast myśli o Saturnie i jego grach.
Każda firma dba o jak najlepszy wizerunek swój i swoich produktów. Gdy pewnego dnia próbowałem doradzić znajomej, na jaką konsolę ma się zdecydować, poleciłem jej pewien artykuł o maskotkach konsol. Wąsaty Mario wraz z bratem dumnie wypinał okrągły brzuszek, obok zaś niebieski jeż Sonic (jednakże najatrakcyjniejszą grą prezentowanego tam typu była w owym czasie gra Nights, w której Sonica nie sposób odnaleźć) oraz szalony rudy lis. Na imię miał Crash. Nie muszę chyba odpowiadać na pytanie, którą konsolę nabyła. Rudzielec zrobił również na mnie niesamowite wrażenie. Jego głupawe spojrzenie sprawiło, iż postanowiłem spróbować swych sił w grze. Od tamtej pory jest to kolejny tytuł motywujący mnie do oczekiwania kolejnych części serii. Tym razem już na PS2.
Sorry za przydługi wstęp, ale było dla mnie koniecznością wyjaśnienie, dlaczego w lutym 2001 roku piszę o grze sprzed kilku lat. Z tego samego powodu, dla którego Joel postanowił na początku roku 2000 napisać recenzję Doom`a – najbardziej cooltowej gry na PC – by oddać jej stosowny hołd. Wstęp ten, był w pewnym sensie prologiem także do recenzji dwóch kolejnych części Crasha Bandocoota, które możecie przeczytać już za chwilę. Zacznijmy więc wreszcie.
Jak już pewnie każdy z Was wie (lub się domyśla), podobnie jak hydraulik Mario oraz jeż Sonic, Crash jest głównym bohaterem kolorowej (przez niektórych opisywanej słówkiem „cukierkowa”) platformówki. Choć Mario hasał po ekranie w pełnym 3D, jak Lara Croft w Tomb Raider`ze, twórcy Crasha, grupa Naughty Dog, stworzyli nową linię, miast kopiować obejrzane wcześniej pomysły. Udało się znakomicie – choć nasz lis nie ma pełnej swobody, a może jedynie biegać po wytyczonych ścieżkach (choć wszystkie obiekty to oczywiście trójwymiarowe bryły), w momencie ukazania się w sprzedaży pobił całą konkurencję na głowę. Sprawiła to nieopisana miodność gry, tony pomysłów, świetna grafika, zakręcona muzyka, oraz design graficzny rozkładający momentami na łopatki – ze zdziwienia lub ze śmiechu. Niektóre elementy gry są po prostu genialnie zaprojektowane. Zarówno poszczególne etapy, jak i przeciwnicy, oraz czyhający na nas na końcu bossowie wykonani są z wyczuciem i humorem. Nic nie wygląda na wrzucone na siłę.
Crash po pojawieniu się na plaży jednej z kilku wysp ma do odwiedzenia masę etapów, gdzie skacząc przeciwnikom po głowach, kręcąc się niczym Diabeł Tasmański z kreskówki o Króliku Bugsie, zbierając smakowite jabłka i rozbijając drewniane skrzynki kryjące niespodzianki dąży wprost przed siebie, aby dopaść Dr-a Neo Cortexa, planującego opanować świat. Choć zabawa sprowadza się praktycznie tylko do tych czynności, jest naprawdę przednia. Rzekłbym: wyśmienita. Poziomów jest około trzydziestu, a w dodatku są one dość rozbudowane, co stwarza nie lada wyzwanie. Co jakiś czas mamy także okazję poznać któregoś z przezabawnych bossów, być gonionym przez ogromną kulę (biegniemy wtedy w stronę ekranu – akcja rodem z filmów o Doktorze Jonesie; super!), czy pojeździć sobie na dzikiej świni (pośród innych, obracających się z wolna na ruszcie:)). Humor w tej grze jest nieodłącznym i wszechobecnym elementem, co widać na każdym kroku. Począwszy od wyglądu otoczenia, aż po imiona postaci występujących w grze (Koala Kong, Ripper Roo, Papu Papu, Dr Nitrus Brio – mówią same za siebie:). Niektóre poziomy przypominają wioski dzikich tubylców, inne – nafaszerowane zapadniami, pułapkami i wszechobecnymi oponentami katakumby starożytnych Inków. Na brak atrakcji nie będziecie z pewnością narzekać.
O towarzyszącej nam muzyce napiszę tylko, iż powszechnie uważana za najlepszą ze wszystkich części Crasha jest właśnie ta w „jedynce”. Mnie pozostaje napisać, o przewodnim motywie muzycznym wszystkich gier z Crashem, który narodził się właśnie przy pierwszej odsłonie. A chyba warto usłyszeć, jak brzmiał protoplasta tamtych utworów?
Nie ma drugiej takiej serii platformówek. Dla mnie Crash był, jest i prawdopodobnie na długo pozostanie jedną z niewielu naprawdę świetnych gier wideo. Jest w każdym calu dopracowany, pokazując, czego potrafili dokonać developerzy w 1996 roku. I choć ukazały się już kolejne jego części, „jedynka” nadal nie pozostaje w tyle na tyle daleko, by jej odpuścić. Modlę się tylko by jakiś bogaty koncern (vide Microsoft) nie wykupił przypadkiem praw do kolejnego Crasha, gdyż wtedy miałbym nie lada dylemat – jaką konsolę wybrać???!!

Crash Bandicoot
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles