Conker’s Bad Fur Day

Możliwość komentowania Conker’s Bad Fur Day została wyłączona 1

     Fakt numer jeden: Conker’s Bad Fur Day to zbiór największego chamstwa, bydła, gnoju, braku kultury, totalnej degrengolady, wulgarności, humoru żywcem wyjętego z kibli szkolnych i całkowitego braku przyzwoitości, jaki kiedykolwiek pojawił się na tak do tej pory uświęconej konsoli jaką jest Nintendo 64.
Fakt numer dwa: nic dodać do faktu numer jeden oraz nic od niego ująć.
Czegoś takiego jeszcze oczy konsolarza chyba nie widziały. Ba, nawet oczy pecetowca, zdają się przybierać wygląd pięciozłotówki na widok nowego produktu firmy Rareware. W zasadzie staram się w tej chwili sięgnąć pamięcią czyje oczy mogły by się nie rozszerzyć po samym intro, ale wydaje mi się, że chyba mam z krótką pamięć.
Żarty jednak na bok, z pewnością wielu ludzi będących za pan brat z brutalniejszymi grami na Playstation, czy też Postal’em i Soldier of Fortune na peceta, ten tytuł nie poruszy. Kwestia zasadnicza jednak, która tu zaistniała to fakt, iż Conker pojawił się na sprzęcie, na którym nawet Mortal Kombat był bezkrwawy. Bądźmy szczerzy Nintendo 64, a dokładnie gry wypuszczane na tę konsolę były zawsze na cenzurowanym. Jej przyjazność dla otoczenia, dzięki Pokemonom, Mario Brothers, itp., została tak mocno zakorzeniona w psychice, że sprawa brutalności w grach nie spędzała snu z oczu rodziców dzieci, które w swoich pokojach spędzały większość czasu sam na sam z konsolą. Stąd też zaistnienie takiej gry na 64-czwórce wydaje się być dla jednych ogromnym krokiem do przodu, dla innych podwójnym cofnięciem się. Żeby jednak nie być goło słownym przybliżę tu początek historii w którą wplątany zostaje nasz główny bohater.
A więc zacznijmy od zera. Jeszcze przed rozpoczęciem się filmiku wprowadzającego nas w klimat, na środku ekranu pojawia się powszechnie znane logo Nintendo. W każdej innej grze trwa to moment i sprawa trafia do lamusa. Ale nie w tej. Tu nasz przyszły bohater wyskakuje z piłą tarczową i z bluzgą je rozpitala. Muszę przyznać, że ten początek wzbudził we mnie dziwne odczucie. Jednak szybko zorientowawszy się, że po pierwsze jest to Nintendo, a po drugie, że facet który zrobił demolkę piłą tarczową jest tylko animowaną wiewiórą, mój odbiór ponownie nastawił się na przechwytywanie kolejnych spokojnych rysuneczków, do jakich przyzwyczaiły mnie konsolowe platformówki (co by nie mówić o Conkerze to jest to właśnie jedna z nich). Tak więc ponownie zacząłem śledzić wydarzenia na ekranie. Dlatego też kiedy rozpoczęło się intro, na którym kamera zrobiła najazd na siedzącego na tronie, pośrodku komnaty, gościa od piły, dalej spodziewałem się przerywnika, który za moment będę chciał wyłączyć. Jednakże już po upływie paru sekund sytuacja zmieniła się diametralnie. W momencie gdy kamera zaczęła się przemieszczać na dalszy plan i w chwili, kiedy dotarła do mnie w końcu dobiegająca gdzieś z oddali muzyka oraz usłyszałem głos narratora, zdałem sobie sprawę, że giera będzie mocno wykręcona w kosmos. Dlaczego tak się stało? Na to pytanie odpowie sobie każdy kto widział Mechaniczną Pomarańczę Kubricka.
Wprowadzenie paraleli w grze komputerowej do tego właśnie tytułu, może bowiem prowadzić tylko do łamania wszelkich tabu i wielu świętości.
Niech jednak nikt nie myśli, że na tym koniec intra, o nie, to dopiero początek zabawy. Po pierwszych słowach „króla”, akcja przenosi się do baru. Tutaj nasz drogi pan wiewióra spotkawszy grupkę przyjaciół postanawia chwilę pobalować. Aby wszystko wyglądało kulturalnie dzwoni do swojej życiowej partnerki i poprzez jednostronną wymianę poglądów sprzedaje jej parę kitów i wraca do kumpli w celu…… wtłoczenia jak największej ilości alkoholu. Po jakimś czasie będący w stanie maksymalnie wskazującym (co tam będziemy owijać w bawełnę, facet jest w d…. pijany) i po którejś z rzędu kolejce nasz bohater (kiedy już wskazówka jest na maksie) stwierdza, że skoro rekord dziś już nie padnie to pora wrócić do domu. Przy wejściu do knajpy udaje mu się jeszcze na do widzenia obrzygać przypadkowego przechodnia. Następnie po paru krokach następuje zanik zarówno wizji jak i fonii i akcja przenosi się do chwili, kiedy to Mr Wiewióra podnosi skacowany łeb do góry i otwiera ciężkie jak nigdy dotąd powieki. Sposób w jaki wstaje świadczy jednoznacznie, że pamięcią z pewnością daleko wstecz nie sięgnie.
I tak oto kiedy pijana wiewiórka podchodzi błędnie do stracha na wróble – dodać należy że facet nie wylewa za kołnierz, jak kto woli mogę powiedzieć, iż przez całą grę jest wiecznie nawalony jak świnia – rozpoczyna się gra, która od tej pory polegać będzie na odnalezieniu drogi powrotnej do domu.
To zaś co dzieje się dalej pozostawiam już do sprawdzenia wszystkim tym, którzy nadal są chętni do zakupu.
Skoro wiemy jak przedstawia się scenario, a także wiemy co w trawie piszczy (jeśli chodzi o te grę, to bardziej pasuje tu, co w trawie wymiotuje) warto zająć się sprawami technicznymi.
Tak więc zaczynając od grafiki, która w tej gierze jest co najmniej znakomita. Można spokojnie powiedzieć, że wizualna strona Conker’a w zasadzie stoi tam, gdzie Nintendo sięga najwyżej. Tym bardziej, że jest to platformówka. Raczej nie znajdzie się tu wiele rzeczy do których można by się przyczepić. Nawet miny Wiewióry zostały dopracowane, tak aby odpowiadały przeróżnym sytuacjom.
Kolejny element to muzyka i dźwięki. Obydwie te kwestie znajdują się na tym samym poziomie co grafika. No może muzyka nie do końca, ale odgłosy z pewnością. Nie wspominając już o dialogach, które zasługują w szczególności na pochwałę. Po pierwsze dlatego, że brzmią bardzo dobrze, a po drugie dlatego, że brzmią w ogóle. Chodzi mianowicie o to, że wszyscy bohaterowie nie są niemowami, jak ma to miejsce w wielu, albo prawie we wszystkich grach na tej konsoli. Fakt ten może oznaczać tylko tyle, że jeśli dało się wpakować w to pudełko tyle mówionych tekstów, to do tej pory przy innych grach po prostu nas „ograbiano w biały dzień”.
Do świetnej grafiki i takiego samego dźwięku dochodzi jeszcze rewelacyjna giercowność. Pomimo, iż gra nie jest, aż tak prosta jej zaprojektowanie sprawia, iż bez względu na wszystko chcemy zobaczyć co stanie się dalej. Innymi słowy działa jak narkotyk, który na marginesie trzeba wspomnieć, iż także występuje w tej grze. Jak zresztą chyba wszystko co jest na marginesie.
Więcej wydaje mi się, iż nie ma co się rozwodzić na temat tej gry. Jak wygląda w rzeczywistości, po prostu trzeba zobaczyć samemu. Nie chciałbym tu pisać, że gorąco polecam, bo ktoś mógłby mnie o coś tam oskarżyć, ale nie ukrywam, iż gra warta jest zobaczenia, chociażby ze względu na swoją odmienność. Podsumowując:
Bad Fur Day z pewnością nie jest grą przeznaczoną dla publiczności dziecięcej. Tak więc jeśli jesteś rodzicem masz okazję zadziałać.
Bad Fur Day również nie jest grą dla nieco starszych ludzi, którzy przemoc uważają za zbyt rozpowszechnioną w grach, filmach, etc. (w tej grze jak ktoś ginie, to zazwyczaj rozerwany na kawałki).
Bad Fur Day także nie jest skierowany do ludzi, dla których przekleństwem o mocnym wydźwięku jest słowo cholera, a wszelkiego rodzaju inne przekleństwa są dla nich niezrozumiałe (innymi słowy uwaga ta oznacza, iż takie osoby po prostu nic nie zrozumieją z dialogów).
Bad Fur Day tak samo, nie jest przeznaczony dla ludzi o zminimalizowanych nakładach poczucia humoru. Bowiem przy takiej dawce (zarówno niezłego jak i bzdurnego) humoru jaki tu wstępuje gra ich nie wciągnie w swój przekręcony świat.
Ocena końcowa: 9 – tę grę albo się kocha albo nienawidzi – TEN WYBÓR NALEŻY DO CIEBIE I NIE DAJ GO SOBIE NARZUCIĆ.
(giera uzyskałaby nawet większą notę, ale sposób w jaki rozwiązana została kwestia kamery [tak idiotycznych ujęć dawno nie widziałem] jest ciosem poniżej pasa).

Conker’s Bad Fur Day
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles