Bionic Battler

Możliwość komentowania Bionic Battler została wyłączona 18

Leciwy cart firmy Electro Brain stanowi doskonały dowód, że nie wszystko złoto, co na Gameboya wychodzi. Oto bowiem obok doskonałych gier, takich jak Tennis, Montezuma’s Return czy Mario & Yoshi pojawiają się programy, na które nie warto nawet spojrzeć. Nie tylko nie zawierają one zwyczajowej porcyjki miodu, ale i gorczycy dostarczają, tak by żyć się odechciało. Tak właśnie jest w przypadku Bionic Battler.      W zamierzeniach miał to być prosty klon Wolfenstein 3D, a więc trójwymiarowa labiryntówka połączona z likwidowaniem wroga. Stworzono więc bohatera, dzielnego chłopca, którego rodzice zginęli w jakiejś bliżej nieokreślonej wojnie przyszłości, postawiono komplet dużych i małych labiryntów, wreszcie wepchnięto doń pancerne roboty. Potem wprowadzono akcję, a więc konsolowe „dzianie się” na ekranie. Gnojek otrzymał prosty rozkaz – musiał siąść za sterami maszyny kroczącej typu mech (dwa modele do wyboru) i ruszyć do boju. No i… ruszył.       Problem w tym, iż Electro Brain nie podołało zamiarom. Miast jakiegoś pięknego silniczka 3D pozwalającego na swobodne przemieszczanie się po korytarzach w Bionic Battler ujrzałem coś a la klasyczne pecetowe RPG-i – a więc labirynt, po którym chodzi się skokami. Skręcać można tylko i wyłącznie o 90 stopni, animacji ruchu w ogóle nie ma, zaś grafika nudzi się po pięciu sekundach. Poziom rzeczywiście ośmiobitowy, gdyż podobne rzeczy widziałem w wydanej w końcu lat 80-tych polskiej grze matematycznej Hexan (na małe Atari – bo na PC był bardzo milusi Hexen). Puste, nie wypełniane płaszczyzny straszą nieprzyzwyczajonego gracza, niezbyt przekonujące roboty najzwyczajniej nie zaciekawiają, zaś muzyczki (są trzy: C&W;, Japan, Disco) po kilkunastu minutach zaczynają wywoływać ból głowy. Co gorsza, w grze brakuje akcji. Walka z wrogimi jednostkami ogranicza się do łażenia po labiryncie i obserwowania wskazań kompasu. Ten co jakiś czas zapełnia się kreseczkami i… człowiek wie, że coś się zbliża. Wówczas zaczaja się w kącie, a gdy dojrzy drania, wyskakuje na solo i naparza weń pięściami! Widok robota walącego automat prawym sierpowym i jednocześnie wystawiającego się na ostrzał jest zastanawiający. Przecież taka walka powinna bazować na zręczności tudzież sprycie grającego – a tu nic! Ani podejść od tyłu, ani oszwabić serią w ryj… klasyczne solo!       Owszem, można się zaopatrzyć w broń większego kalibru niż własna dłoń. Jednak co z tego, skoro i tak roboty przeciwnika wydają się być niezniszczalne. Zainkasują wiele ran zanim zmienią się w kupę złomu. Człowiek zaczyna szaleć, gdy raz po raz widzi słodziutki napis „Game Over”. A jeśli nawet opanuje zasady walki i udaje mu się zwyciężyć w kolejnych bójkach, to i tak nuda go dobija. Labirynt nie stanowi bowiem zagadki – jego dokładna mapa zaprezentowana jest w dolnej części ekraniku. Po co więc komu taki labirynt? Dla owego kiepskiego efektu pustych ścian rodem z tanich gier RPG? Nie rozumiem…      Bionic Battler mógłby być dużo lepszą grą. Niestety jego autorzy przespali lekcję o grywalności i stworzyli hybrydę, która nie jest ani bijatyką, ani labiryntówką, ani RPG-iem czy grą akcji. Jest po prostu „niczym godnym uwagi”.

Bionic Battler
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles