Bionic Battler

Możliwość komentowania Bionic Battler została wyłączona 3

Leciwy cart firmy Electro Brain stanowi doskonały dowód, że nie wszystko złoto, co na Gameboya wychodzi. Oto bowiem obok doskonałych gier, takich jak Tennis, Montezuma’s Return czy Mario & Yoshi pojawiają się programy, na które nie warto nawet spojrzeć. Nie tylko nie zawierają one zwyczajowej porcyjki miodu, ale i gorczycy dostarczają, tak by żyć się odechciało. Tak właśnie jest w przypadku Bionic Battler.      W zamierzeniach miał to być prosty klon Wolfenstein 3D, a więc trójwymiarowa labiryntówka połączona z likwidowaniem wroga. Stworzono więc bohatera, dzielnego chłopca, którego rodzice zginęli w jakiejś bliżej nieokreślonej wojnie przyszłości, postawiono komplet dużych i małych labiryntów, wreszcie wepchnięto doń pancerne roboty. Potem wprowadzono akcję, a więc konsolowe „dzianie się” na ekranie. Gnojek otrzymał prosty rozkaz – musiał siąść za sterami maszyny kroczącej typu mech (dwa modele do wyboru) i ruszyć do boju. No i… ruszył.       Problem w tym, iż Electro Brain nie podołało zamiarom. Miast jakiegoś pięknego silniczka 3D pozwalającego na swobodne przemieszczanie się po korytarzach w Bionic Battler ujrzałem coś a la klasyczne pecetowe RPG-i – a więc labirynt, po którym chodzi się skokami. Skręcać można tylko i wyłącznie o 90 stopni, animacji ruchu w ogóle nie ma, zaś grafika nudzi się po pięciu sekundach. Poziom rzeczywiście ośmiobitowy, gdyż podobne rzeczy widziałem w wydanej w końcu lat 80-tych polskiej grze matematycznej Hexan (na małe Atari – bo na PC był bardzo milusi Hexen). Puste, nie wypełniane płaszczyzny straszą nieprzyzwyczajonego gracza, niezbyt przekonujące roboty najzwyczajniej nie zaciekawiają, zaś muzyczki (są trzy: C&W;, Japan, Disco) po kilkunastu minutach zaczynają wywoływać ból głowy. Co gorsza, w grze brakuje akcji. Walka z wrogimi jednostkami ogranicza się do łażenia po labiryncie i obserwowania wskazań kompasu. Ten co jakiś czas zapełnia się kreseczkami i… człowiek wie, że coś się zbliża. Wówczas zaczaja się w kącie, a gdy dojrzy drania, wyskakuje na solo i naparza weń pięściami! Widok robota walącego automat prawym sierpowym i jednocześnie wystawiającego się na ostrzał jest zastanawiający. Przecież taka walka powinna bazować na zręczności tudzież sprycie grającego – a tu nic! Ani podejść od tyłu, ani oszwabić serią w ryj… klasyczne solo!       Owszem, można się zaopatrzyć w broń większego kalibru niż własna dłoń. Jednak co z tego, skoro i tak roboty przeciwnika wydają się być niezniszczalne. Zainkasują wiele ran zanim zmienią się w kupę złomu. Człowiek zaczyna szaleć, gdy raz po raz widzi słodziutki napis „Game Over”. A jeśli nawet opanuje zasady walki i udaje mu się zwyciężyć w kolejnych bójkach, to i tak nuda go dobija. Labirynt nie stanowi bowiem zagadki – jego dokładna mapa zaprezentowana jest w dolnej części ekraniku. Po co więc komu taki labirynt? Dla owego kiepskiego efektu pustych ścian rodem z tanich gier RPG? Nie rozumiem…      Bionic Battler mógłby być dużo lepszą grą. Niestety jego autorzy przespali lekcję o grywalności i stworzyli hybrydę, która nie jest ani bijatyką, ani labiryntówką, ani RPG-iem czy grą akcji. Jest po prostu „niczym godnym uwagi”.

Bionic Battler
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles