Another World

Możliwość komentowania Another World została wyłączona 2

PRODUCENT: Delphine Software
WYDAWCA PL: ???

WYMAGANIA SPRZĘTOWE:
Minimalne: 286, 4 MB HDD
Zalecane: ???

Autor: Joel

Tę grę do dziś uważa się za jedną z najlepszych w historii komputerowej rozrywki. Wystarczył jeden genialny człowiek, Francuz Eric Chahi, by stworzyć program, który w 1992 wyznaczył nowe kierunki rozwoju dla całej branży. Gra odniosła wielki sukces, i wiele jej elementów znajdziemy w dzisiejszych grach. Co więcej – wiele gier a.d. 1999 nie jest nawet w połowie tak grywalna i nie posiada tylu przygód, co „Antoher world”. Ta gra się po prostu nie starzeje!

Pewnie wielu z was miało kiedyś „AW” w rękach, może nawet przeszło kilka etapów. Czy udało się wam dojść do końca? Jeśli nie, to nadszedł czas, by rozwiązać zagadkę. By odważnie niczym lew pomóc sympatycznemu, młodemu profesorowi przetrwać w Innym Świecie. Nieważne, że jest rudy, ważne, że zajmie nas na długie godziny…

Skład Solucji:
Solucja właściwa (dłuuugie) + kodyfikacja
Walka (jak i po co strzelać)

1. SOLUCJA WŁAŚCIWA

INTRO: KOD JESTEM IDIOTĄ
Do dziś uważam je za jedno z najlepszych, jakie widziałem… Za klimat.
Była ciemna noc, gdzieś w oddali szalała monsunowa burza. Profesor L. przeciągnął się i ziewnął przez sen. Cóż… sen był nudny. Wzory, wzory, wykresy, czy zawsze muszą być one? Czy nie mógłby chociażby w marzeniach wieść bardziej pasjonującego życia? W dzień bez przerwy przecież siedzi nad projektem ABX. A w nocy te cyfry, dzielniki, silnie i prawa fizyki nie dają mu spokoju. One go kiedyś zniszczą! Przyjdzie dzień, w którym nie zdoła zasnąć, gdyż obrzydzenie związane z liczeniem nie pozwoli mu zmrużyć oczu. I tak dołączy do setek innych wielkich naukowców, którzy z powodu swej bezsenności dłubią po nocach w swych laboratoriach, próbując stworzyć coś, co pozwoli im spać bądż zapewni sławę. L. będzie taki jak oni. Stanie się żywym upiorem, bladym mieszkańcem ciemności, który przeciskając się przez zwały pustych kubeczków po kawie dopada co rano drzwi, by przeczytać gazetę zostawioną tam przez paperboy’a. Czy ktoś odnalazł lekarstwo na sen? Czy ktoś pozwolił mu żyć? Czy ktoś…
Profesor zerwał się. Przetarł oczy i zmęczonym wzrokiem spojrzał na zegarek. Czwarta za pięć! Pięć godzin do otwarcia laboratorium! Za dużo, dużo za dużo! L. wskoczył w spodnie, wcisnął przez głowę brązowy pulowerek i wpadł do garażu. Wypieszczone Ferrari stało, tak jak je zostawił poprzedniego dnia. Otworzył drzwi, władował się za kierownicę. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił. Samochód łagodnie zacharkotał, lecz silnik jak zwykle nie zawiódł. L. wcisnął gaz do dechy.
(tu się zaczyna)
Nad laboratorium szalała burza. Pioruny biły raz po raz w nie remontowany od lat piorunochron. Potężny wiatr przeciągał drogą tumany kurzu. Panował wyczuwalny chłód.
Nagle na ścianie budynku zaigrały dwa ogniki. Zaigrały i znikły, bo po chwili powrócić. Tym razem były jednak większe, a póżniej jeszcze większe, by sekundy potem zamienić się w dwa reflektory pędzącego samochodu. Zapiszczały opony. Ferrari profesora zatrzymało się przy krawężniku.
L. wysiadł z samochodu i zamknął drzwi. Zjechał windą na szósty poziom. Jasna żarówka zainstalowana w windzie rozświetliła ciemne pomieszczenia laboratoryjne. Profesor zdecydowanym krokiem podszedł do automatycznej bramki i wystukał kod. Komputer przystąpił do identyfikacji.
Piorun uderzył gdzieś blisko, bardzo blisko. Ziemia zadrżała, lecz bez jęku przyjęła tak potężną dawkę energii.
L. usiadł za biurkiem. Po chwili ukazał się przed nim trójwymiarowy ekran komputera. Wystarczyło parę kliknięć, by analizator czasoprzestrzenny zaczął zasysać czas. Od zagięcia przestrzeni dzieliło świat zaledwie kilkanaście sekund.
Wiatr wiał pchając ulicą kolczaste krzaki. Niebo raz po raz rozświetlało się błyskawicami.
Cola była słodka. Profesor wypił kilka łyków i spojrzał na ekran. 5…4…3…2…1…0! Eksperyment rozpoczęty!
Tym razem piorunochron nie wytrzymał. Potężny ładunek bez problemu sforsował to kruche zabezpieczenie i niczym nie zatrzymywany uderzył w rampę, przy której trwał eksperyment. Wybuch był na tyle silny, że odczuł go siedzący po drugiej stronie ściany profesor. Zamknął więc oczy i poczuł, że się unosi. Bał się. Bał się, że eksperyment może się nie powieść.
Gdy dym opadł, okazało się, że z biurka zostały tylko drzazgi.

ETAP 1: KOD LDKD
L. poczuł, że jest mu mokro. Co jest, zlałem się ze strachu? – pomyślał. Otworzył oczy i… zrozumiał! Był w wodzie, w jakimś basenie wypełnionym po brzegi lodowatą cieczą. Zrobiło mu się niedobrze. Odbił się od tonącego biurka i wypłynął na powierzchnię. Ścigające go złowieszcze macki schwytały jeno pustkę. L. wygramolił się z basenu i rozejrzał. Nie wiedział, gdzie się znajduje. To miejsce nie przypominało mu żadnego innego spośród tych, które znał do tej pory. W oddali dostrzegł tajemnicze zwierzę postury dzika, które kocimi ruchami przeskakiwało ze skały na skałę. To nie mogła być Ziemia! Czyżby eksperyment się powiódł? I… koledzy pewno sobie żarty robią. Ostatnim razem dosypali mu proszku moczopędnego do kawy.
Profesor skierował się w lewo. Doczłapał się na skraj przepaści, nad którą wisiała lina. Nie było szansy przedostać się na druga stronę. Wrócił się więc i bardziej chyba z ciekawości, niż z chęci znalezienia drogi do domu udał się na prawo. To też nie był dobry wybór. Przed sobą dostrzegł bowiem stadko robaków długości na oko 12 centymetrów, z których każdy zaopatrzony był w ostre żądło. Domyślając się niebezpieczeństwa L. rozdeptał drani. W tym momencie robak tego samego gatunku wylądował tuż przed nim. Profesor spojrzał na sufit – siedziało tam jeszcze kilka tych małych, obślizgłych larw. Wszystkie szykowały się, by zrobić mu niespodziankę. L. nie znał litości, wdeptał w ziemię kolejnych kilkanaście żyjątek. Wszystkie! Ucieszony ruszył przed siebie nie zwracając uwagi na owego dzika, który był już coraz bliżej.
Gdy ten skoczył mu tuż pod nogi, było już za póżno. Sor próbował jeszcze uciekać, lecz wiedział, że nie ma szans. Na jego szczęście jednak zwierz poślizgnął się, a jego szponiaste łapy minęły się z profesorską łydką. Potwór podniósł się jednak i nie zrażony upadkiem kontynuował poślizg. L. dobiegł do przepaści i nie widząc innego wyjścia skoczył na lianę. Ta pękła. Siłą rozpędu L. przeleciał obok zdziwionego drapieżcy i wylądował za jego plecami. Znów zaczął uciekać, tym razem w przeciwną stronę. Po chwili usłyszał jednak znajomy, ciężki oddech dzikuna. Gdy już myślał, że nie ma dla niego nadziei, ujrzał jasny promień przecinający powietrze. Zwierz padł trupem. Przed L. stanęła potężnie zbudowana postać w czarnej pelerynie, ściskająca w ręku karabin. Uśmiechnął się więc, robiąc przyjazny ruch ręką. I znów jasny promień błysnął na tle skał. Tym razem dostało się profesorowi. Padł. Druga postać podniosła lufę, zadowolona ze strzału. Chyba się nawet uśmiechnęła…

ETAP 2: KOD HTDC
Ocknął się. Łeb bolał go jak po studniówce. Z trudem podniósł powieki. Przed oczyma zamajaczył mu niewyrażny kształt. Zamrugał. Potężny mutant spoczywał w drugim rogu klatki. L. analizował sytuację jak Hołowczyc trasę podczas Rajdu Polski – błyskawicznie. Skoro widzi, znaczy że jeszcze żyje. Skoro klatka, znaczy że jest uwięziony. Skoro mutant, znaczy że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Zerwał się na równe nogi i potrząsnął prętami puszki, w której tkwił. Ani drgnęły. Ba, ucieczka nie miała sensu! Klatka zawieszona była na linie, pod nią rozciągała się przepaść bez dna. Sor rozejrzał się. Mutant siedział tak jak wcześniej, podejrzliwie obserwując go swoimi małymi, czarnymi oczkami. Stanowi zwałę mięśni o intelekcie obszczymurka – pomyślał L. i uśmiechnął się. Gość w rogu odwzajemnił uśmiech. Wygląda dość niewinnie, poczekajmy aż zgłodnieje – dodał w duchu profesor. Kątem oka rozejrzał się po jaskini. W dali, przy kamiennej ścianie, machało kilofami kilku tubylców. Byli podobni do towarzysza niedoli profesora, znać było, że niewolnicy. Po prawej zaś zaczynały się czyste i zadbane korytarze jakiejś bazy. Młody, umięśnony strażnik zzuł właśnie katanę i spokojnie maszerował w kierunku przepaści.
Sor zaczął bujać klatką. Ta, początkowo niemrawo, lecz póżniej coraz silniej, poczęła przemieszczać się z ruchem wahadłowym. W dole przepaść zionęła milczącą grozą. Strażnikowi nie spodobało się to, co robił L., gdyż zaczął krzyczeć. Dobiegł do przepaści i oddał kilka ostrzegawczych strzałów w powietrze. Za chwilę zbiegnie się tu cała armia – pomyślał profesor i kołysał klatką jeszcze silniej. I stało się. Hak przytrzymujący linę z klatką puścił, a ta z hukiem runęła na strażnika. Na bezpiecznym brzegu przepaści. Mutant wyskoczył z klatki. Po chwili dołączył do niego profesor i z miejsca rzucił się przed siebie, w kierunku, skąd mogło przyjść wybawienie. Zatrzymała go jednak ciężka dłoń współwiężnia. L. z obawą w sercu odwrócił się. Mięśniak położył mu rękę na ramieniu i rzekł: „tank seruba!”. Sor nie widział, co to znaczy, zrozumiał jednak, że zyskał przyjaciela.
Schwycił leżącą na ziemi broń strażnika i ruszył za biegnącym przyjacielem. Po chwili dostrzegł przed sobą kolejnego strażnika. Pociągnął za cyngiel – okazało się, że służy do tego samego, co w normalnych pistoletach. Rażony potężnym laserem przeciwnik osunął się na ziemię. Po chwili przypominał już skwierczącą, czarną skwarkę o kształtach szkieletora. L. sprzątnął jego resztki kolejnym strzałem i zaczął gnać dalej. Dobiegł do drzwi – były zamknięte. Z pomocą przyszedł mu jednak nowy kolega – zaczął coś dłubać w elektronice blokującej wyjście. Czasu było cholernie mało. Nadbiegali bowiem kolejni strażnicy niosąc ze sobą tony żelastwa zdolnego wysłać stado słoni na tamten świat. Profesor przeszedł więc przyspieszony kurs obsługi pistoletu i odkrył, iż dłuższe przytrzymanie spustu powoduje postawienie zapory laserowej, która jest w stanie powstrzymać kilka strzałów przeciwnika. Można też było strzelać superlaserem niszczącym wszystko w okolicy. Wymagało to jednak czasu – spust musiał być trzymany dobre 5 sekund.
Podczas gdy profesor eksterminował kilku stawiających opór bandytów, mutant zdołał otworzyć drzwi i wiec do środka. Usadowił się na specjalnym podeście i zaczekał na L. Gdy ten dotarł, podest będący w rzeczywistości windą drgnął i ruszył w górę. Dojechali do półkolistej komnaty. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił sor, był sprint w kierunku okna. Oczom jego nie ukazał się jednak piękny ziemski krajobraz, wyzłacany zbożem pól i błękitem niebios, oraz pozłacany żytem (kapslami od wódzi). Widać było tylko dziwne, przypominające wielkie szczęki budowle, latające pojazdy i wszechogarniającą szarość powietrza. A jednak… eksperyment się powiódł! Był w innym świecie! Dokonawszy tego odkrycia L. wrócił smętnie do windy. Nigdy już nie zobaczy Moniki! Nigdy nie zobaczy Agnieszki! Nigdy nie zobaczy Ani, Jadwigi, Soni, Asi, Kasi, Pelasi, Agary ani Lary! Nigdy nie zobaczy swojego kota, swego kochanego File-moona!
Zjechali na sam dół. Tam sor rozwalił bardzo szybkostrzelnego strażnika, a następnie odciął dopływ prądu do wyższych partii więzienia. Niech cierpią, dranie… Wjechali piętro wyżej. L. rozwalił superlaserem kamienny mur. Zeszli niżej, zabili siedzącego w schowku gościa i udali się przed siebie, to jest w lewo. Chwilę póżniej dotarli do pomieszczenia z kolejnymi ściankami. Łaził sobie tam w najlepsze jakiś podejrzany gościu. Trza wiać! Mutant podniósł pokrywę włazu i L. zapuścił się w podziemne korytarze. Jego przyjaciel już nie zdążył…

ETAP 3: KOD CLLD
Uderzył o ziemię niczym skoczek o tyczce o materac. Zabolało go ramię. Nie mógł się jednak ruszyć – tunel był na tyle wąski, że jedynym wyjściem było się toczyć. Przeturlał się więc w lewo. O mały włos wpakował się by na strumień śmierdzącej zgniłymi jajami pary. Kwas siarkowy? Możliwe, ważne by trzymać się od niego z daleka. Profesor dotarł wkrótce do końca korytarza i zaryzykował upadek w dół rury. I znów wylądował z potężnym pacnięciem. Tym razem droga prowadziła w prawo, w dół pod lekkim kątem. L. stoczył się wymijając buchającą z rur parę i po raz kolejny pacnął z niewielkiej wysokości. Tym razem postanowił potoczyć się w prawo. Uciekł przed kolejnym wyziewem z rur i dotarł do kolejnego upadku. Pac! Niech żyje kac! Dalej w prawo się nie dało, więc potoczył się w lewo. Znów przywalił o ziemię i znów musiał zmienić kierunek staczania się. Gdy opuszczał podziemne labirynty, miał już spore zawroty głowy.

ETAP 4: KOD LBKG
Rozejrzał się. Był na rozświetlonym słabymi lampami korytarzu. Z prawej strony drogę blokowały mu trzy potężne mury. Mogłby je zastrzelić, ale niestety pistoletowi brakło już energii. Skierował się więc w lewo, via automatyczne drzwi. Zrobił zaledwie kilka kroków, gdy z hukiem zasunęły się, a jakaś tajemnicza siła podniosła do góry. Włosy stanęły mu dęba. Trzask! Trzask! Tajemnicze wyładowania atmosferyczne skupiały się najwyrażniej na broni L. Ładowały ją! Po chwili profesor opadł na ziemię i wycofał się z tego dziwnego miejsca. Rozwalił trzy ściany, naładował powtórnie broń i polazł odważnie w prawo. Ten krótki spacerek poprowadził go jednak nie ku szczęściu, a prosto w szpony wysokiego mutanta z japońskim kokiem na głowie. Celny strzał i zarówno po koku, jak i po reszcie debila, pozostała jedno czarna skwarka.
Profesor stał na skalnym występie na powierzchni planety. Przed nim roztaczała się głęboka na kilkanacie metrów przepaść. Kiedyś na druga stronę prowadził most, dziś nie zostało z niego nawet okruszka. L. dostrzegł jednak skalną półkę położoną po drugiej stornie przepaści, jakieś pięć, sześć metrów poniżej miejsca, w którym stał. Wziął więc spory rozbieg i skoczył. Udało mu się wylądować idealnie, w niejscu, w którym wylądować chciał. Uśmiechnął się sam do siebie i przywalił superlaserem w ścianę. Pękła jak kręgosłup sardynki. Profesor był już w znakomitym humorze. Wyciągnął z kieszeni cukierek z ginem i zaczął ssać. Miał słabą głowę. Za chwilę był już pijany…

ETAP 5: KOD XDDJ
Profesor zanużył się w ciemne korytarze jaskini. Było dość ślisko, z sufitu skapywała bowiem woda tworząc wraz ze skalistą posadzką niezwykle śliską pułapkę. Z dala dobiegał szum wodospadu. L. podszedł do znajdującej się tuż obok dziury i zeskoczył w dół. Wylądował bez większego pacnięcia i powtórnie skoczył w dół. Tym razem znalazł się na trójkątnym podeście, równie wilgotnym co nos przeciętnego psa. Ruszył w prawo. Po parku krokach z ciemności wyłoniły się macki ośmiornicy zwisające z wnęki w kamiennym suficie. Na szczęście nie mogły go dosięgnąć. L. już chciał ruszyć dalej, gdy nagle dostrzegł przed sobą ostre zęby wystające ze szczeliny w posadzce. Z trudem utrzymał równowagę, lecz udało mu się uniknąć kontaktu z ową lśniącą klawiaturą skalnego rekina. Przeskoczył go, a następnie przeleciał nad ostro zakończynymi skałkami wyrastającymi z ziemi. Postąpił parę metrów. Nagle zatrzęsła się ziemia, a ze stropu runęły olbrzymie głazy. Błyskawicznie wystrzelił do przodu. Znalazł się w piekle! Za nim, jak i przed nim, z wielkim hukiem rozbijały się kamienie. Z trudem przesmyrgnął przed kolejnymi dwoma, jakie właśnie spadały. Póżniej kilka następnych i jeszcze następnych. L. walczył o życie żałując, że nie przyjechał do laboratorium swą Yamahą. Byłby w kasku przynajmniej! A tak… prędzej zginie, niż dożyje dnia. Profesor dotarł jednak do stabilniejszej części jaskini. Po raz kolejny dostrzegł „ośmiorniczkę” zwisającą z sufitu, tym razem jednak zdjął ją jednym, celnym strzałem superlasera. Ruszył w prawo ponurym, ciemnym korytarzem. Skokami mijał rekiny skalne czekające na żer z rozdziawionymi szczękami u podłoża jaskini. Kolejne mackoidy unieszkodliwiał strzałem. Tak dotarł do muru blokujacego drogę do olbrzymiego, pozbawionego sufitu pomieszczenia. Rozwalił go i wszedł do środka.

ETAP 6: KOD FXLC
Ślepy zaułek? Cóż, trudno. Nie pierwszy i nie ostatni. Gorzej by było, gdyby musiał się z Pamelą Anderson ślubić. A tak… Zaczął się cofać równie starannie co porzednio anihilując ośmiornice i omijając rekinki. Dotarł do miejsca ze spadającymi głazami i tu obrał drogę wyższą, bezpieczniejszą, trochę stromą, ale w ramach „ujścia”. Chwilę pożniej dostrzegł uczepionego sufitu olbrzymiego nietoperza. Strzelił. Ssak zerwał się i obijając się o ściany pofrunął przed siebie. Jo sem nietoperek – zaśmiał się lekko już wstawiony (cukierki i słaba głowa) L. ruszając w drogę. Przystanął jednak, gdyż zaobserwował właśnie niecodzienne zjawisko. Oto przed nim zwisająca ze ściany ośmiorniczka pochwyciła w swe macki myszolota i mimo jej pisków rozpoczynała konsumpcję. Profesor ruszył przed siebie. Skacząc po stalaktytach dotarł do trójkątnego podestu, na który kilkanaście minut temu spadł. I tu zastanowił się. Jak wejść do góry, skoro liny brak? Główka sora pracowała jednak bezbłędnie. Zeskoczył ze skały po jej lewej stronie, a następnie wypalił z superlasera w jej podstawę. Rozległo się donośne trach i skała z impetem przewróciła się na bok. Zadrżała ziemia, L. utrzymał jednak równowagę i chwilę póżniej wspinał się już do wyjścia.

ETAP 7: KOD KRFK W lewo nie mógł iść, załamał się więc i ruszył w prawo. Przeskoczył wszystkie doły, aż dotarł do dna jeziora. Chcąc sobie odebrać życie wypalił z gnata. Podtrzymująca wodę ściana pękła i olbrzymie masy wody runęły na L. Zaczął uciekać jak wesoła moto(k)rówka przeskakując bezbłędnie, niczym biegacz przez płotki, wszystkie napotkane dziury. Dobiegł do końca korytarza i stanął na stojącym tam podeście. Zobaczył, jak woda go dogoniła, jak wlała się w rów tuż przed nim. Nagle potężna siła wyrzuciła go w górę. Pomieszczenie pod nim błyskawicznie wypełniła słodka, znana z Ziemi ciecz. Sam zaś sor znalazł się w bezpiecznym i suchym miejscu, skąd droga prowadziła w prawo. Ruszył. Dotarł do ściany, rozwalił ją superlaserem. Począł kroczyć odważnie do przodu. Przeszedł nie więcej niż kilkanaście metrów, gdy to zmęczonym oczom jego ukazał się obrośnięty mchem, gładki jak skóra niemowlęcia blok skalny. To tu był wodospad, jaki słyszał wchodząć do jaskini! Profesor dokonał analizy umysłowej miejsca i stwierdził, iż był on najwyrażniej powiązany z podziemnym jeziorem. Teraz pozostały po nim jeno wspomnienia. L. przedostał się na drugą stonę i skierował ku wejściu do dziwnego, podziemnego budynku.

ETAP 8: KOD KLFB
Powoli kroczył jego pustymi korytarzami rozglądając się za jakimiś systemami ochrony, czy wykrzykującymi obelgi strażnikami. Usłyszał jedynie dochodzące gdzieś spod podłogi skrzypienie. To jego przyjaciel, mutant, zdołał uciec żołnierzom wroga i właśnie przepychał się rurami kanalizacyjnymi w poszukiwaniu wyjścia. L. nie wiedział jednak o tym, dlatego też nie zrobił nic, by mu pomóc. Zszedł schodami w dół i rozwalił nadbiegającego strażnika. Kolejne schody wyminął. Zdecydował się najpierw zbadać górną część budynku. W komnacie obok dostrzegł automatyczne drzwi, a za nimi kolesia z pistoletem. Włączył tarczę ochronną (zaporę na pistolecie) tuż przed drzwiami. Pozwolił im się otworzyć. Strażnik zobaczył profesora i struchlał. Nie mógł jednak strzelać, chroniła go zapora. Puścił więc po ziemi toczący się granat. L. wolał nie ryzykować, cofnął się, a drzwi z łoskotem zamknęły się. Granat odbił się od nich i powrócił do strażnika. Ten zmarł bez jęku.
Profesor wparował do środka. Komnata była jasna, widoczność zapewniała zamontowana u sufitu lampa. L. rozwalił drzwi po jej prawej stronie i ruszył do przodu. W umieszczonym powyżej pokoiku naładował broń. Wreszcie dotarł do pomieszczenia stanowiącego kopulasty strop pewnej komnaty. Przez dziurę w podłodze (kopule, jeśli mam być szczery) dostrzegł trzy zielone klosze. Odbijał się w nich potężny kształt strażnika, który nie spodziewając się niczego złego spacerował sobie gdzieś w dole. L. przyglądał mu się i pewno przyglądałby się do upadłego, gdyby nie dostrzegł, że strażnik przystanął. Idealnie pod koszem. Profesor błyskawicznie wyciągnął broń i strzelił. Klosz poszybował w dół. Po chwili dało się usłyszeć głośny trzask tłuczonego szkła i ryk ranionego… no, może nie człowieka, ale zwierzęcia też nie. L. zatarł ręce i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrócił się do ostatnio widzianych schodów.
Tym razem zszedł piętro niżej. Ruszył w lewo, skąd wciąż dochodziły owe dziwne skrzypienia. Po drodze usunął jednego mutanta, który nie bacząc na niebezpieczeństwo zdecydował się stanąć z L. w szranki. Dureń. Po rusku – durak, to taka ciekawostka zawodowa. Profesor wpatoczył się na schody i po chwili dostrzegł, że znajduje się nad wodospadem. Tu już był. Chyba. Pierwsze objawy zabłądzenia? Wyładowanie nerwów na wiszącym żelaznym kandelabrze niewiele profesorowi pomogło, lecz wyciszyło owe szmery i skrzypienia, jakie L. słyszał będąc piętro wyżej. Profesor wciąż nie wiedział, że oto jego własny mutant zdołał przecisnąć się przez zwały blachy, które dotej pory blokował łańcuch świecznika, i dzielnie ruszył do przodu. Rurami oczywiście.
Sor odważnie kroczył w prawo. Chwilę póżniej dostał w mordę, aż go wygięło. To mutancki strażnik zobaczył nowy obiekt tortur i oficjalnie rozpoczął zabawę w „bijącego i bitego”. L. zauważył, że broń wypadła mu zza pazuchy i potoczyła się po podłodze. Już chciał po nią pójść, lecz mutant chwycił go i podniósł za fraki do góry. Postanowił więc udawać trupa. Strażnik obejrzał go sobie dokładnie i stwierdziwszy, że sor nie żyje, odsłonił się. Na to tylko L. czekał. Jedno celne kopnięcie (mutanci też muszą się jakoś rozmnażać, nie?) i już był wolny. Błyskawicznie rzucił się w kierunku pistoletu i wykonawszy gustownego fikołka pochwycił go. Posłał celną serię w kierunku strażnika. Przepraszam, ex-strażnika.
W pomieszczeniu obok postawił zaporę (blisko środka, po lewej stronie). Ułatwiło mu to walkę z dwoma żołnierzami, którzy wyskoczyli niemal równocześnie zza węgła i próbowali upiec go w ogniu krzyżowym swych laserowych gnatów. Nie ma to jak zabawa w dwa ognie – myślał chwilę póżniej profesor, patrząc na dwa zwęglone ciała rozsypujące się właśnie u jego stóp. Ruszył w dalszą drogę.

ETAP 9: KOD BFLX
Po paru krokach L. zatrzymał się. Po prostu przestał iść. Przed nim bowiem rozciągał się sporej wielkości zbiornik wodny, podobny do tego, w którym wylądował po wypadku w laboratorium. Całe szczęście profesor był niezłym pływakiem, w młodości zdobył nawet puchar Dżibuti żabką. Postanowił więc skoczyć. Przyjął pozycję pieska preriowego, a następnie oddał skok nielichej kategorii. Chlupnęło.
Popłynął w dół, do dna, niczym kamień w studni. Dopiero gdy gruchnął głową o skaliste podłoże, otworzył oczy i rozejrzał się. Trochę go szczypały, brakowało też światła, sor był jednak w stanie rozpoznawać kształty. Tuż przed nim, po lewej stronie zbiornika, zamajaczyło niewyrażnie jakieś podwodne przejście. Odepchnął się więc od otaczającej go wody i popłynął. Wkrótce zorientował się, gdzie jest. To była ta kwadratowa komnata, ten ślepy zaułek, do którego trafił jeszcze przed wypadkiem z jeziorem! To się narobiło! L. wpłynął w drugi, prowadzący w górę korytarz i tam nabrał powietrza w płóca. Znów zanurkował, tym razem kierując się idealnie w dół. Po zaprezentowaniu nienagannej żabki dotarł do komnaty, której ścianami prowadził kabel elektryczny. Wyskoczył z niej na brzeg i przeskakując wysoko nad parką rekinów skalnych dostał do zamkniętego pomieszczenia, gdzie bez problemów odciął dopływ prądu. Został już mu tylko skok nazad do wody (z rozbiegu) i długa żaba ku powierzchni. I na brzeg, i w prawo!

ETAP 10: KOD BRTD
L. odważnie zeskoczył w dół. Wylądował w jasno oświetlonej komnacie, natychmiast wyciągnął pistolet zza paska i dopiero wtedy rozejrzał się. Drzwi! Po lewej i po prawej były drzwi! W którą stronę pójść? Nie namyślał się jendak zbyt długo, za odpowiedż starczyły mu zbliżające się w szybkim tempie kroki. Rytmiczne stuk, stuk, stuk zmusiło go do rozwalenia (superlaser) drzwi po prawej. Ruszył biegiem. Słyszał, jak gdzieś z tyłu laser rozwala drzwi. Za chwilę tuż nad głową przebiegł mu pomaranczowy promień lasera. Szybciej, szybciej, nie ma czasu! Przed profesorem otwierały się coraz to dalsze drzwi, tuż za nim potężny snop światła niszczył te świeżo zamknięte. A L. biegł ile sił w nogach, aż się zatrzymał. Ślepy zaułek! To już koniec! Postawił zaporę i po chwili dostrzegł dwóch żołnierzy mierzących do niego z gnata. Wypalił, padli. Pojawili się jednak następni. I jeszcze następni. Zapora zmuszona przez ich lasery do najwyższego wysiłku słabła i zanikała. Profesor już widział swój pogrzeb i tłum spłakanych mutantów wokół trumny… Nagle na suficie coś się poruszyło. Odsunęła się klapa, a z niej wysunęła się tajemnicza, silna ręka. Po chwili ciągnęła już L. do góry, aż zniknął pozostawiając mutantów-żołnierzy z rozdziawionymi pyskami na dole.

ETAP 11: KOD TFBB
To był Przyjaciel. Znów uratował go z opresji! Stał teraz na pustynnej powierzchni planety nachylając się nad rurą, przez którą jeszcze przed sekundą przeciskał się profesor. Nad nim wznosiła się potężna skała. I nagle: Pah! Pah! Goście z dołu strzelali! Odłamane siłą lasera dwa potężne głazy potoczyły się w dół, a uszy wciąż jeszcze oszołomionego L. zanotowany jęk ranionych żołnierzy. Przyjaciel ruszył w kierunku jedynego budynku w okolicy. Sor westchnął i ruszył za nim, nie zdołał doń jednak dotrzeć – usłyszał nagle dwa strzały i sekundę póżniej zmykał w przeciwnym kierunku. Przy skale odpoczął. Wskoczył na ścieżkę wiodącą dookoła chaty i po chwili był już z drugiej strrony. Idąc dostrzegł, iż „jego” mutant wpadł w pułapkę zastawioną przez dwóch idiotów, którzy aktualnie mierzyli do niego z gnata. Czas było spłacić dług.
L. wparował do budynku całkowicie zaskakując zgromadzonych tam mutantów. Spodziewali się, że przyjdzie z drugiej strony! Błyskawicznie postawił tarczę, a następnie rozwalił jednego przeciwnika. W międzyczasie Przyjaciel zdołał rozprawić się z drugim z gości i właśnie ruszał biegiem przed siebie, w kierunku wyjścia. Sor posłusznie poszedł za nim. Biegli tak przez dłuższą chwilę, aż wreszcie Mutant zatrzymał się na skraju przepaści i zapraszającym gestem przywołał profesora. Gdy ten podszedł, schwycił go i jak snop siana przerzucił nad przepaścią. L. odbił się od baldachimu i bezpiecznie wylądował po drugiej stronie ziejącej pustką dziury. Odwrócił się i patrzył, jak jego kumpel skacze. Niestety, tym razem nie udało się. Mutant był za ciężki, baldachim zarwał się i mutant zawisł mając pod nogami kilkadziesiąt metrów lotu spadkowego.
Profesor podjął nieudaną próbę przeskoczenia przepaści. Odniósł porażkę, w wyniku której zaczął spadać w dół. Jakimś cudem jego ręce zahaczyły o strzępek materiału. Zapracowały mięśnie, aż poczuł twardy grunt pod nogami. Nie było mu jednak dane odpocząć. Tuż przed nim ukazały się zakazane mordy tutejszych żołnierzy. Tam do czorta, wytłuc ich wszystkich! Tarcza ochronna, superlaser, aż wreszcie seria przez brzuchy. Droga wolna! Pytanie na jak długo.

ETAP 12: KOD TXHF
Pobiegł w prawo. Minął schody prowadzące do góry i niczym James Bond wpadł do następnej komnaty. Grupa mutantów uciekała w popłochu. Stalowe kraty zamknęły się za nimi odgradzając ostatniego gapowicza po stronie sora. Gość szamotał się, wzywał pomocy, zupełnie nie zwracając uwagi, że sor zbliżał się do niego i stanął mniej więcej na wysokości drzwi. Uśmiechnął się. Kolejny dziad do anihilacji. Może kiedyś usprzątnie tą planetę, znajdzie sobie dom z ogródkiem i w nim zamieszka. Podniósł więc broń i wycelował. Przyszła ofiara zawyła z przerażenia i podniosła ręce do góry. Było w niej coś tak przejmująco ludzkiego i żałosnego zarazem, że profesor zawahał się. Ta chwila wystarczyła, by mutant wcisnął ukryty w suficie przycisk zamykając tuż przed nosem L. drzwi. Nie ma litości! Wyrok musiał się dokonać.
Profesor schował rozgrzany, dymiący jeszcze pistolet i popędził z powrotem. Wlazł po schodach na górę. Kolejne drzwi, a za nimi strażnik. Stanął po prawej stronie od schodów, postawił tarczę, a następnie rozwalił superlaserem drzwi. Przerażony mutant zdołał wyrzucić cztery bomby, które potoczyły się w dół po schodach, zanim zginął. L. minął miejsce, w którym kiedyś były drzwi i zeskoczył w dół. Znów drzwi, a za nimi szczelnie utarczowany żołnierz przygotowywał swój superlaser. Profesor błyskawicznie włączył swój, lecz mimo to mutant był pierwszy. Ciężkie, kute drzwi rozleciały się w drobny mak. Lecz inicjatywa należała już do L. Strzał, tarcze znikają, drugi strzał i wróg opuścił planetę. Taaak. To było już mistrzostwo świata. Kilka godzin w innym świecie wystarczyło, by z niewinnego i delikatnego rudzielca powstał nie byle jaki komandos likwidujący kosmitów jak komandos terrorystów. It rulez! Maj Gad, it rili rulez!
L. zjechał na dół i znalazł się w niewielkiej komnacie. Żadnych drzwi, żadnego wyjścia. Profesor trochę się wkurzył, bo nie wiedział, dokąd dalej iść. Na ścianie dostrzegł agregat prądotwórczy. Strzał. Na ścianie wisiał złom. Wrócił na górę, do schodów, a póżniej w dół. Okazało się, że bomby rzucone przez strażnika wywaliły potężną dziurę w podłodze. Skoczył więc i znalazł się na dość szerokim korytarzu otoczonym metalowymi ścianami. Ruszył do przodu, lecz po chwili się zatrzymał. Jarzeniówka się przepaliła! Jak pech, to pech. W ciągu paru sekund zrobiło się tak ciemno, że aż profesor przypomniał sobie archaicznego DOS-a i wklepywanie całych komend z klawiatury, by na równie czarnym jak ten korytarz ekranie ukazał się jakiś napis. Ruszył biegiem do przodu, mając nadzieje, że w ten sposób szybciej dotrze do miejsca, gdzie będzie w stanie dostrzec choćby czubek swojego nosa. Po trzech krokach poczuł pod nogami kraty. Gdzieś zza nich, z podziemi, nadleciał laser. Potem drugi, trzeci. Profesor biegł, a zabójcze promienie mijały go o minimetry. Przeżył po raz kolejny! Przesuwał się dalej powoli, jakby obawiając się, że zaraz przywali o ścianę i straci przytomność. Tuż obok zapaliło się światło i L. dostrzegł, że stoi przed wielką dziurą w podłodze. Skakać w dół czy nie skakać? Zaraz, zaraz, a co tam jest z przodu? Jakaś dżwignia? Podszedł, pociągnął. Nie drgnęła. Pociągnął mocniej. Nic! Powiesił się na niej, aż delikatnie drgnęła i łagodnie przesunęła się w dół.
Szczęknęły kraty. Gdzieś u dołu zawyły dzikie zwierzęta, rozległ się dżwięk rozrywanego ciała. Ktoś zaczął strzelać, inny coś wykrzykiwał. Profesor postanowił wykorzystać niewątpliwe zamieszanie i skoczył w dół. Ujrzał chaos. Tajemnicze zwierzęta, których pobratyńca spotkał na samym początku swej wielkiej przygody, toczyły heroiczny bój z mutantami. Wszędzie była krew, oderwane od ciała członki, płacz i wycie. L. ruszył biegiem na prawo, mając nadzieję, że nikt go nie dostrzeże. Niestety, przeliczył się. Huknęły strzały, jeden z pocisków musnął mu ucho. Lasery rozświetlały korytarz, gdy profesor przemierzał je w szaleńczym pędzie. Dobiegł do samego niemal końca i pchnął się w górę. Urządzenie ssące wciągnęło go na wyższe poziomy bazy. Ruszył w lewo i po chwili utworzył się przed nim most. A z góry… tak, jego przyjaciel stał właśnie przed nim, cały i zdrowy. Nie było jednak czasu na powitania i uściski. Skierowali się w prawo. Mutant pomógł mu dostać się na szczyt budynku. Póżniej zbiegli po pochylni i znależli się w czymś na kształt garażu. Stał tu jeden pojazd, czarny czołg o kształtach F117A. Wskoczyli do środka i zajęli wygodne miejsca.

ETAP 13: KOD CKJL
Fotel drgnął. L. schwycił się poręczy i rozejrzał w obawie. Po chwili poczuł, jak podnosi się do góry. Przed nim pojawiła się przezroczysta ścianka, coś na kształt szyby, ale to nie była szyba. Zadrżało i czołg ruszył do przodu. Opuścił hangar i wjechał na olbrzymie boisko otoczone szczelnie przez falujący tłum mutantów. Wokół działy się dantejskie sceny. Mutanci-gladiatorzy walczyli z czarnymi bestiami, a nieliczni uzbrojeni goście nawalali innych. Naród pragnie igrzysk, panie! Przelejmy trochę krwi i przestanie się burzyć! Hussein – Ameryka 0:2!
Przed profesorem pojawiła się tablica rozdzielcza. L. wcisnął główny przycisk, a następnie guzik pod nim. Odsłoniła się kolejna część tablicy. Sor wciskał klawisze po jej lewej stronie, aż wreszcie zapaliła się biała żarówka niemal na samym środku panelu. Wciśnięta, wystrzeliła niczym najlepszej klasy armata, dwie metalowe kule. Poszybowały w górę ze świstem przecinając powietrze. W jednej z nich siedział profesor, a w drugiej jego przyjaciel, mutant.

ETAP 14: KOD LFCK
Mutantki zdjęły togi odsłaniając swe nagie ciała i śmiejąc się wskoczyły do wody. Była ciepła, wspaniała i przyjemna. Nie na darmo nazywali „X2t^%HD” najlepszą sauną w okolicy.
Coś uderzyło w ścianę łamiąc ją z hukiem. Basen w ciągu sekundy opustoszał. Przez chwilę jednak unosiła się wokół eteryczna woń olejków do kąpieli, jakich używały tutejsze kobiety. Póżnej ten zapach znikł, zastąpił go bowiem dość ostry antyperspirant, jakim wypacykował się profesor przed snem. L. wyskoczył z kuli i pobiegł na prawo. Postawił tarczę, umocnił ją kolejną tarczą. Dostrzegł nadbiegających strażników. Wypalił raz, drugi, kładąc ich trupem. Przesunął się do przodu, postawił kolejna tarczę i wykończył kolejną parkę. Dookoła błyszczały lasery, waląc raz po raz w ścianę, przy której stał profesor. Ten ruszył biegiem do przodu. Wtem usłyszał trzask. To jego przyjaciel przebił się przez kolorowy witraż i biegł właśnie obok niego. Kolejny strzał i pod profesorem osunęła się ziemia. Poleciał w dół, w przepaść bez dna, ku pewnej śmierci.
Czyjaś mocna ręka schwyciła L. i podciągnęła w górę. Ujrzał zdziwioną twarz mutanta, a po chwili przywalił z piekielną mocą o granitową ścianę. W kręgosłupie coś mu chrupło, wciąż był jednak przytomny. Potężny strażnik przywalił mu jeszcze raz w mordę, że aż przeleciał dobre pięć metrów. Strażnik uśmiechnął się i powolnym krokiem zbliżał się, by położyć kres cierpieniom. Nie zauważył jednak, że za nim ukazała się zmartwiona twarz przyjaciela. Chwilę póżniej zawirowało i mutanci zaczęli się bić. Profesor zaczął się czołgać. Byle dalej, byle dłużej żyć. Po kilkunastu sekundach, które wydawały się być wiecznością, dotarł do ściany, z której tkwiły trzy dżwignie. Zawahał się. Tymczasem strażnik rozprawił się z jego przyjacielem i zbliżał się właśnie do niego. L. pociągnął za dżwignię. Potężny laser spalił mutanta na proch. Druga dżwignią otworzył sor otwór w suficie i począł czołgać się w jego kierunku. Huknęły strzały, minęły go jednak o centymetr. Tajemnicza siła pociągnęła go ku otworowi, na dach.
Otworzył oczy. Ból utrudniał mu kojarzenie, ale był pewien, że widział smoka. Wielkiego, skrzydlatego smoka z prześlicznym ogonem z tyłu. I stracił przytomność. Nie czuł nic, gdy przyjaciel podniósł go i usadowił pomiędzy skrzydłami swego podniebnego rumaka. Nie wiedział, że smok rozpostarł skrzydła i wzbił się w powietrze. Ku wolności. Profesor nie pamiętał nic…

To już jest koniec. Możemy już iść. Profesor jest wolny. Bo nie ma już nic.

2. WALKA

Sam solution to nie wszystko. By wygrać, nauczyć się trzeba obsługi znalezionego na początku drugiego etapu pistoletu. Wydawać się to może banalne – stanąć, wycelować, przycisnąć co trzeba i trup jest grób. Niestety, to jest inny świat i tu tak prosto się nie strzela! Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że pistolet jest trójdzielny. Zwykłe naciśnięcie Enter (czyt. fajer) wyrzuca z lufy zwykły snop skondensowanego światła, laser. Spala on wszystkie żywe jednostki znajdujące się na linii jego lotu. Niestety, nie przechodzi on przez ściany, nie jest też władny zniszczyć tarcz ochronnych (zapór), jakże chętnie stawianych przez mutanckich strażników i żołnierzy. Dłuższe przytrzymanie Entera (około sekundy) tworzy niewielkiej wielkości kulkę tuż przed lufą. To jest właśnie ta tarcza. Wystarczy puścić klawisz, by stanęła ona na ziemi. Bomba, nie? Przez kilkanaście sekund żaden mutant nie zdejmie cię ze zwykłego lasera. Póżniej tarcza znika, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by postawić ją na nowo. Albo podwójnie, dwie tarcze w jednym miejscu. Albo nawet trzy. Mutanci mogą sobie strzelać, i tak jej znacząco nie osłabią! No chyba że użyją superlasera. Masz go i ty – przytrzymaj Enter przez jakieś pięć sekund, aż mała kulka tarczy zamieni się w olbrzymią, pulsującą żywą energię. Strzał i pękają drzwi, strzał i tarcza znika. Skuteczne jak dobra ściąga na klasówce u ślepego profesora!
Z mutantami walczy się na dwa sposoby. Pierwszy: gdy tylko się pojawi, strzelać. Gość nie zdąży postawić tarczy i zeskwarczy się na czarno. Można wcześniej postawić sobie tarczę dla pewności. Drugi, skuteczny na gości, którzy rozpoczynają rozmowę od postawienia zapory. Dranie! Walnij wtedy dwie zapory w jednym miejscu, następnie zrób mały krok do przodu, tak by twa ręka znalazła się poza nimi, a następnie wal z superlasera. Póżniej od razu, zanim wróg zdoła cokolwiek zainicjować, wal prosto w ryja normalnym laserem. Skwarek? A nie mówiłem! Teraz ukończysz już grę bez najmniejszego kłopotu. Gwarantuję!

Uwaga! Kody i układ komnat w wersji na PC! Na Amidze jest trochę prościej… I trochę inaczej.

Another World
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles