Alien: Ressurection

Możliwość komentowania Alien: Ressurection została wyłączona 2

„…w odległej przyszłości rodzaj ludzki opuścił swe wygodne legowisko zwane Ziemią i udał się na poszukiwanie szczęścia pośród gwiazd. W tę niezwykłą podróż zabrał ze sobą to, co przypominało mu o swoim pochodzeniu: szkielet, całkowicie nieprzydatny w warunkach zerowej grawitacji oraz pierwotny strach przed nieznanym. Nieznane powoli wyjaśniła nauka, lecz strach pozostał. Niedługo po tym rodzaj ludzki odkrył, że nie jest sam we wszechświecie, a nowe formy życia mogą być głodne… Okrzyk przerażenia odbił się echem od mrocznych stron gwiazd i zagubił się w otchłani kosmosu…”

Arkadiusz Wróblewski, „Aliens vs. Predator”,
TM-Semic Wydanie Specjalne 3/94

     Choć powyższy cytat będący częścią wstępniaka do komiksu traktującego o śmiertelnym pojedynku trzech ras dotyczy zarówno Obcych jak i Drapieżców, jest doskonałym wprowadzeniem w klimat tej recenzji. Klimat mroczny i brutalny, tak jak i gra, której nieodzowną częścią jest.
Począwszy od roku 1978, kiedy to siedząc na reżyserskim stołku Ridley Scott uraczył nas pierwszym, niesamowicie klimatycznym, kultowym już filmem o intrygującym tytule Alien (w Polsce znanym jako Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo), ilość filmów zawierających motyw walki z pozaziemskimi stworami wzrosła zaskakująco. Powodowane niesłabnącą sławą Obcego gorsze bądź lepsze obrazy nieustannie opuszczały filmowe studia, by spróbować swych sił na srebrnym ekranie. Faktem jest jednak, że jedynym godnym większej uwagi filmem niosącym ze sobą szybką akcję i pierwiastek nieziemskiego pochodzenia był Predator. Nadal czekam na grę rozwijającą w pełni wątek łowcy trofeów, gdyż po PeCetowym (aczkolwiek naprawdę wybitnym) Aliens vs. Predator pozostał ogromny apetyt. Wracając do świata Obcych, pozostało mi stwierdzić, iż kolejne części filmu o walce z kwasokrwistą kreaturą trzymają poziom i godnie wiodą prym wśród thrillerów s-f. Jednak to właśnie część druga, w reżyserii Jamesa Camerona, zrealizowana naprawdę niesamowicie, stała się podstawą do różnorodnych adaptacji (znalazła się nawet polska gra planszowa – Aliens).
Bezlitośni Obcy zawitali na konsolę PlayStation już spory kawałek czasu temu, przy okazji wydania przez Fox Interactive gry Alien Trilogy. Debiut ten można bez wątpienia nazwać udanym ze względu na dobry poziom rozgrywki, niezłą oprawę audiowizualną i przede wszystkim (tego słowa prwdopodobnie będę zmuszony użyć jeszcze kilkukrotnie): KLIMAT. Wylewające się z telewizora strumienie kwasu nie raz omal nie przyprawiły o palpitację serca. Nie zważając na tytuł, developerzy umieścili w grze realia części drugiej, co pomysłem chybionym właściwie nie było, bo co to za przyjemność ganiać przez całą grę za jednym, śliniącym się potworem (a taką fabułę oferowały części pierwsza i trzecia). Teraz jednak, po kolejnym występie starzejącej się nieuchronnie Sigourney Weaver i początkującej w świecie Obcego Winony Ryder, twórcy dostali wreszcie temat na kolejną małą wojenkę z nieczułym pasożytem…
Alien: Ressurection pod względem technicznym to właściwie hybryda wspomnianego wcześniej Alien Trilogy oraz AvP. Nie zagramy niestety tym razem jako Predator, ani nie pokierujemy oślizłym Obcym. Do naszej dyspozycji pozostała czwórka bohaterów filmu z Ellen Ripley na czele. Na szczęście nie strzelamy już do bitmapowych maszkar o kanciastej animacji. Aby u(nie)przyjemnić nasz czas spędzony z grą, zaimplementowano w niej trójwymiarowe sylwetki obcych. Wyglądają teraz dużo lepiej, choć do ideału brakuje im sporo. To samo można powiedzieć o otoczeniu, które, choć dalekie od doskonałości, wygląda na tyle dobrze, by bez problemu można się było wczuć w akcję gry. Etapy są naprawdę spore i nie raz przyjdzie nam spędzić długie godziny na przemierzaniu wyludnionych korytarzy pełnych rozszarpanych na strzępy żołnierzy, zachlapanych krwią ścian i dziur wypalonych przez kwas.
Rozgrywka jest prowadzona w iście filmowy sposób. Została ona tak sprytnie zaprojektowana, że zawsze znajdujemy się w centrum wydarzeń (a przynajmniej takie wrażenie odnosimy podczas gry). Działa to w ten sposób, że kiedy dochodzimy do określonego miejsca, uruchamiają się odpowiednie sekwencje, takie jak barykadujący się żołnierze czy straszliwe wrzaski mordowanych gdzieś za ścianą. Taki sposób przedstawiania akcji jest bardzo sugestywny i jeszcze bardziej potęguje wszechobecne wrażenie zaszczucia, które po raz pierwszy dane było graczom poczuć podczas przygody z Doom`em. Ma on jednak pewną wadę – ponieważ wszystkie wydarzenia są z góry zaprojektowane (włączając w to miejsca i sposoby ataku poszczególnych Obcych), po kilku próbach zaczniemy grę przechodzić „na pamięć”. Mimo, że jest to znaczące ułatwienie, ja osobiście uważam to za dobre rozwiązanie (choć można było z powodzenie przygotować kilka, wybieranych losowo, wersji wydarzeń).
W eksterminacji śmiercionośnych bestii, jakie napotkamy na swojej drodze pomoże nam z pewnością spory zestaw „środków przymusu bezpośredniego”. Mamy więc zwykły pistolet, shotguna, znany każdemu fanowi Obcego karabinek pulsacyjny, działko laserowe, „ostudzacz zapału facehuggerów” czyli miotacz ognia, miły w użyciu granatnik, wyrzutnia rakiet oraz działko energetyczne – rodzaj mocnego paralizatora. Z potrzebnego sprzętu wypada mi podać jeszcze nieodzowny detektor ruchu, flary rozświetlające ciemności, dobry wzrok, refleks i szybkie nogi:). Tak naprawdę, to trzy ostatnie elementy wyposażenia decydują o naszym zwycięstwie. Bez nich ani rusz. A spora ilość groźnych przeciwników zmusi Cię z pewnością do ich częstego wykorzystywania.
Dźwięk jest na bardzo wysokim poziomie. Praktycznie wszystkie odgłosy słyszalne podczas gry są żywcem wyciągnięte z filmów. Odgłosy strzałów, eksplozje, otwieranie śluz i wywołujący ciarki na plecach pisk obcych rozrywanych przez kule. Do tego w krytycznych momentach głośne bicie serca połączone z wibracjami Dual Shocka i skaczące w tym samym momencie z sufitu monstrum nieuchronnie zbliżające się w naszym kierunku może być powodem nerwicy i sennych koszmarów u mniej odpornych osób. Ale na tym właśnie gra polega. Nastrój i klimat przede wszystkim.
Na koniec niezbyt miła niespodzianka. Sterowanie joypadem w tej grze mija się z celem. Kontrolowanie ruchów naszej postaci zostało zaprojektowane tak tragicznie, że po prostu prawie nie da się grać. Jedynym wyjściem jest zakup myszy do PSX (ja pożyczyłem), co pozwoli na normalną zabawę z myszką w prawej dłoni, a drżącym dualem w lewej. Jest to zdecydowanie najbardziej nieudany aspekt gry, poza dość wysokim poziomem trudności, nieproporcjonalnym do zbyt małej ilości save pointów.
Ostatecznie, tytułem podsumowania mogę rzec: musisz mieć myszę. Jeśli jesteś w stanie załatwić sobie gryzonia, na chociaż parę dni, możesz śmiało inwestować w grę. A skoro doszedłeś, drogi graczu, już do tego momentu recenzji, znaczy to, że tematyka gry nie jest Ci obojętna, a być może jesteś również wielkim fanem Obcego. W tym przypadku zakup myszki powinien stać się Twoim świętym obowiązkiem. Najlepiej poproś św. Mikołaja o komplet „mysz + gra o niegrzecznym Obcym” pod choinkę. W końcu to Gwiazdka, nie?

Alien: Ressurection
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)
admin

View all contributions by admin

Similar articles